-3-
– Jaki kurwa remont? Powaliło cię?
- Będę tu teraz mieszkał, nie? To raczej logiczne, że dostosowuję mieszkanie do swoich potrzeb!
- To jest ciągle moje mieszkanie.
- Matko, nie będę ci przecież ścian burzył, tylko… no, poprzynoszę kilka rzeczy, coś zawieszę, przemaluję…
- Co ty chcesz malować? Wykluczone!
- Z tobą to tak zawsze! A ja już farbę i pędzle załatwiłem, nie możesz mi teraz…
- Co zrobiłeś?!
- Farbę załatwiłem. I pędzle. No Piotrek, daj spokój! Co ci zależy na jednej malutkiej ściance?
- Jak malutkiej?
- O, tamtej.
- Mogę ci dać najwyżej tą.
- Ale Piotrek…
- Ta albo żadna.
- Cholera jasna, ależ ty jesteś… Niech ci będzie.
Żeby jakoś odstresować tą wymianę zdań, poszedłem do pierwszego lepszego klubu, wypiłem kilka drinków, potańczyłem…
…A teraz bez skrępowania chodzę po wielgachnym mieszkaniu jakiegoś wypacykowanego lalusia i rozglądam się. Mieszkanie, a właściwie apartament, nie dość że w połowie jest dwupoziomowy, to jeszcze ma wyjście na ogród na dachu. Facet (nawet nie pamiętam jak ma na imię) mówi coś do mnie bezustannie, ale ja go nie słucham i w myślach przeliczam metry kwadratowe i porównuję jego dom z moją kawalerką. Wychodzi mi, że to jest tak ze cztery razy większe. Nieco dołujące.
- Kredyt to chyba będziesz spłacał do usranej śmierci – stwierdzam i przyjmuję on niego kieliszek białego wina. Wącham, próbuję i powstrzymuję się przed wypluciem. Konsumpcję kontynuuję tylko i wyłącznie z grzeczności.
Krzywi się lekko i otwiera przede mną drzwi do sypialni na piętrze.
- Mam nadzieję, że zejdzie mi się trochę krócej – szczerzy się do mnie i siada obok na łóżku.
- A można spytać, ile zarabiasz? – pytam i odstawiam pustą lampkę na podłogę. Dzięki bogom skończyłem. W normalnych warunkach pewnie nawet nie wziąłbym go do ust, ale coś czuję, że ta sprawa będzie potrzebowała procentów, choćby śladowej ilości.
- Teraz niedużo, coś koło 25… nie, 30…
Słodki Jezu. Ja tyle w rok zarabiam. A i to tylko wtedy, kiedy zechce mi się użerać na korkach z jakimiś totalnymi debilami, nie spać w nocy, żeby dokończyć tłumaczenie i napisać artykuł, który „koniecznie trzeba dostarczyć na dwa dni najpóźniej”. A zazwyczaj mi się nie chce.
- O matko, nic ci nie jest? – pyta i uderza mnie w plecy dłonią. Muchy by tym nie zabił. Ten facet zaczyna mnie na serio wkurzać – nie dość, że wręcz ocieka homoseksualizmem, to jeszcze mówi tym cholernym, falsetowo-zaciągającym głosikiem. Odganiam go od siebie i sam opanowuję atak kaszlu.
-… ńska po prostu ceni mnie jako stylistę i to gł…
Do tego jest stylistą. Dobry Panie, za jakie grzech… Chociaż… obejdzie się bez wymieniania. Zamykam oczy, biorę kilka oddechów i, przełamawszy wszystkie bariery, zamykam mu usta pocałunkiem, równocześnie kładąc go na łóżko. Banalne, owszem, za to niezwykle skuteczne.
- Nie rozmawiajmy o pracy… - mówię cicho wiele obiecującym tonem, wyćwiczonym do perfekcji i sprawdzonym na kilku… nastu? …dziesięciu? Nieważne. W każdym razie reakcje zawsze były podobne: przygryzienie wargi w pseudo figlarnym uśmiechu, przyciągnięcie mnie do siebie, wpicie się w usta, pociągnięcie w kierunku najbliższej toalety, bądź – w przypadku młodych lub mniej doświadczonych – wielki rumieniec. Pomyliłem się tylko raz. Pamiętam, że owy przypadek hetero uderzył mnie w mostek i kilka innych rzeczy i wyzywał jak tylko Polak potrafi, a potem się zaprzyjaźniliśmy. Ale to już inna historia.
Stylista za to wzdycha głęboko, a krew szaleńczym pędem płynie ku dolnym partiom jego ciała i sprawia, że z przodu materiał kolorowych spodni jest nieco bardziej wypukły. Biedak. Jeśli samym głosem można go doprowadzić do takiego stanu… Mruczy coś i szybko kiwa głową, przyciągając mnie do siebie. Rozpinam guzik jego spodni i zsuwam je z bioder razem z bielizną, całując go po szyi. Odchyla głowę do tyłu i jęczy cicho, biorąc głębokie wdechy gdy masuję go po udach. Mam dziwne wrażenie, że facet spuści się, zanim zacznie się dziać coś konkretnego.
- Jak lubisz? – szepczę mu do ucha, szarpiąc się równocześnie ze swoimi spodniami. Mógłby, do cholery, wykazać się jakąś inicjatywa i mi pomóc, a nie tylko jęczy i jęczy. Nie cierpię pasywności. W łóżku jest raczej małomówny – teraz też tylko wzrusza ramionami. Nie wiem jak to możliwe, że jeszcze nie przegryzłem mu tętnicy.
Długo nie pociągnę.
***
20 minut później stoję na przystanku i czekam na najbliższy autobus. Jest dosyć wcześnie, załapuję się nawet na ostatni dzienny kurs. Szczęśliwie ten, który teraz wjeżdża na przystanek, jedzie do Centrum. Wsiadam do niego szczękając zębami i momentalnie siadam na wolnym miejscu obok grzejnika. Zimny. Po raz kolejny zaczynam tęsknić za znacznie cieplejszymi nocami w Berlinie. Nienawidzę warszawskich zim.
Siadam z piwem w kącie klubu przy maleńkim stoliczku i rozplątuję szalik. Nareszcie jakieś ciepłe miejsce, gdzie można się napić, zrelaksować, ogrzać, zapomnieć… Chociaż wątpię, żebym z tym czerwonym nosem przez najbliższe pół godziny miał szanse na jakiekolwiek zapomnienie z kimkolwiek. Pociągam potężny łyk, w myślach dopisując stylistę do listy moich życiowych porażek.
- Nigdy więcej seksu z lalusiowatymi ciotami – obiecuję sobie szeptem, z hukiem stawiając piwo na blacie stolika.
W ciągu kilkudziesięciu minut jestem obstawiony czterema wielkimi kuflami i na wpół pozbawiony świadomości. Dociera do mnie tylko irytujące kolorowe światło i cichy, ale cholernie irytujący rytm jakiegoś kawałka techno; przestaję rozróżniać ludzi, mózg przetwarza informacje wyjątkowo opornie, dodatkowo spowolniony nie pozwalającym się skupić szumem.
Niedługo potem przestaję widzieć cokolwiek poza wszechogarniającą czernią.
Zawsze starałem się dobierać sobie takich facetów, nad którymi mogłem dominować: słabszych psychicznie, niezdecydowanych, nieśmiałych o wybujałych fantazjach, albo po prostu niższych. Najwięcej kłopotów było ze zrealizowaniem tego ostatniego kryterium (do najwyższych nie należę), ale nie zwracałem na to większej uwagi – naprawdę dużo facetów w moim typie mieściło się w pozostałych warunkach.
Zawsze ja brałem i dawałem najwięcej, słuchałem posapywań, jęków rozkoszy, zduszonych, urywanych próśb, podniecałem, wzbudzałem niekontrolowane odruchy, spełniałem życzenia o więcej, dominowałem. To ja zdobywałem, podrywałem, robiłem pierwszy krok, według niektórych za szybki i za długi, bo zawsze lądował w łóżku. Dzielnie się tego trzymałem, a tego, który próbował mnie sobie podporządkować, bezceremonialnie zostawiałem. Od razu.
Odzyskuję zdolność analizowania sytuacji, jak zwykle, po około godzinie. Ziewam szeroko, przeciągam się. Nawet się nie rozebrałem. Zarzucam wyprostowane ręce za głowę i patrzę na obcy sufit. Nie pamiętam, jak się tu dostałem. W sumie nic nowego.
Nowością za to jest facet, który nagle zjawia się nade mną i niemal od razu zaczyna się do mnie dobierać. Łapię go za nadgarstki i stanowczo odklejam je od swoich spodni, łypię na gościa podejrzliwie.
- Ty chyb… - urywam nagle i wydaję sycząco-jęczący dźwięk.
Debil ugryzł mnie w wargę. Mocno trzaskam go pięścią w ramię. Tak się bawić nie będziemy.
- Nie gryź – warczę z mocnym akcentem i próbuję się podnieść, ale klęczący nade mną facet pcha mnie z powrotem na łóżko.
- Bo? – mruczy wyzywająco i szczypie mnie zębami w płatek ucha, równocześnie mocno przyciskając dłoń do mojego torsu i prowadząc ją ku szyi. Przy okazji zabrał się za zdejmowanie mi T-shirtu.
- Będzie bolało.
Jednym szybkim ruchem ściąga ze mnie bluzkę i uśmiecha się ironicznie. Głowa mnie boli, dekolt był bardzo wąski. Najchętniej walnąłbym tego kretyna w zęby.
- Nie wierzysz mi – stwierdzam, zsuwając mu z bioder bokserki, niby przypadkiem przejeżdżając paznokciami po jego skórze. Cholernie trudna sprawa gdy się leży.
- Ani trochę – szepcze i bezczelnie się uśmiecha, wyraźnie mnie zachęcając. Przyjmuję zaproszenie.
Chyba pierwszy raz kocham się z kimś tak brutalnie i agresywnie. Jeśli tylko można to nazwać kochaniem. Po kilkunastu minutach mam opuchnięte wargi, podrapany tors i plecy, pulsuje mi tył głowy, boli mnie pewne miejsce intymne, tępy ból czuję w kilku miejscach, ale przyzwyczaiłem się do niego na tyle, że nie zwracam już na niego uwagi. Mój „partner” jest za to gdzieniegdzie posiniaczony i zaczerwieniony, na dolnej wardze zbiera mu się krew (przygryzł ją sobie, gdy uderzyłem go w szczękę), a jego plecy wyglądają tak, jakby wpakował się w krzak jeżyn. Przez kilka ładnych minut (może dłużej, straciłem poczucie czasu) walczymy o dominację. Walczymy naprawdę. Nie w tym ślady ckliwego przewracania się po pościeli, słodkich pocałunków i opiekuńczych objęć – jest wściekłą szamotanina na dywanie, przygryzanie najczęściej uszu, warg i sutków, wpijanie się paznokci w skórę. Pocałunki też są, ale agresywne i na siłę. Za to, że wepchnął mi język do gardła, za każdym razem dostawał w żołądek. Obaj nie przebieramy w środkach i stosujemy wszelkie możliwe chwyty, byle tylko przejąć nad drugim kontrolę. Boli mnie dosłownie każda komórka, ale jest to ten szczególny rodzaj bólu sprawiający przyjemność. I nie tylko mi, bo szczególnie na dolnych partiach ciała mam na sobie jego spermę. On moją na sobie też.
Ostatecznie klęka za mną, mocno przyciska mnie do ziemi, kładąc mi rękę na karku i po krótkim poleceniu „Szerzej”, które przez mój opór w większości wykonuje za mnie, bezpardonowo pcha biodrami i wchodzi. Wrzeszczę krótko, przeklinam po niemiecku jego i cztery pokolenia wstecz, i wczepiam paznokcie w dywan. Czuję każdy, nawet najmniejszy ruch. Przestaje mnie katować dopiero kiedy kopię go w bok. „Wyjście” jest równie bolesne. Natychmiast po tym wstaję z niemałym trudem, mocno biję go pięścią w mostek i starając się iść w miarę prosto, kieruję się do łazienki. Biorę szybki prysznic, wracam do pokoju i zbieram z podłogi swoje rzeczy, nie odzywając się słowem i idę spać na kanapę.
Nigdy więcej.
***
Leżę nieruchomo na kanapie u siebie w salonie z kompresem na głowie i posykuję cicho, gdy nieopatrznie się poruszę. Cały jestem oklejony plastrami, mam zabandażowany nadgarstek i rozciętą brew. I tak dobrze, że mogę leżeć, bo jeszcze kilka godzin temu wykonanie jakiejkolwiek innej postawy niż stojąca graniczyło z cudem.
Patrzę na dzieło Szymona. Chłopakowi udało się w niecałą dobę zrobić ten swój „remont”. Dany mu łaskawie kawałek ściany wykorzystał maksymalnie – pomalował ją na czarno, namalował czerwonym sprejem wielki znak anarchii, powiesił plakaty, przytargał szafki i komódki z których zrobił dodatkową ściankę, przyniósł płyty, książki, na podłodze położył materac. Muszę przyznać, że nie wygląda to tak tragicznie jak myślałem.
- Piotrek?! Jesteś?
Podnoszę się nieco wyżej na poduszkach.
- Na kanapie! – odwrzaskuję. – Chodź!
Nina wchodzi do salonu chwilę później z wielką siata w dłoni, z którą od razu idzie do kuchni.
- Jak chcesz to weź coś sobie, wiesz gdzie co leży. Co cię przygnało?
- Zostały mi pielmienie. Smakowały ci, więc sobie pomyślałam, że ci przyniosę – mówi, zamyka lodówkę i nalewa sobie coś do szklanki, a potem wraca do salonu i siada na fotelu obok mnie. – Wystarczy, że je sobie podgrze… O Matko Przenajświętsza.
- Chodzi ci o ścianę? To Szymon.
- O ciebie debilu, nie o ścianę – mówi i energicznie stawia szklankę na stoliku. – Wiesz jak ty wyglądasz?! Co ci się stało?
- Wiem jak wyglądam – mruczę i wypijam nieco z jej szklanki. – Paskudna i długa historia, lepiej nie mówić.
- Powiedz. – Krzyżuje ręce na piersi i zaczyna wpatrywać się we mnie tym swoim wzrokiem. Wzdycham i opadam na poduszki, przytrzymując ciepły kompres.
- Pieprzyłem się z takim jednym i…
- A nie biłeś?
- Pieprzyłem – powtarzam i syczę, zmieniając pozycję. – Ale tak to chyba po raz pierwszy. Nie, na pewny. Wiesz że ten debil włoż…
- Nie chcę wiedzieć! – krzyczy i zatyka sobie uszy dłońmi. – Nie mów mi co on ci robił i co ty mu robiłeś, jeśli wybiega to poza pocałunek. Wybiega?
- Uznajesz pocałunki w które miejsca?
Jęczy długo i ukrywa twarz w dłoniach, mrucząc coś pod nosem po ukraińsku.
- Co ja ci takiego zrobiłam, co?
- Kocham cię – posyłam jej całusa w powietrzu i uśmiecham się.
- Gdzie obiad?
- Szymon – rzucam do Niny i krzyczę: - Nie mam czasu! Zrób coś sobie i nie przeszkadzaj!
- Jak to zrób? Co znaczy zrób?
- On tak zawsze? – pyta Nina, a ja już mam odpowiedzieć, gdy Szymon wchodzi do salonu.
- Z kim ty rozmaw… O.
- Nie „o”, tylko Nina – mówię złośliwie. – Daj mi dokończyć rozmowę i nie przeszkadzaj.
Szymon, jakby nie słyszał co mówię, podchodzi do Niny i podaje jej rękę.
- Szymon.
- Nina – uśmiecha się. Chłopak odwzajemnia uśmiech, przyglądając jej się krytycznie, a potem człapie do kuchni, wyjmuje piwo z lodówki i zaszywa się z nim w swoim kącie. Dziewczyna patrzy za nim zdziwiona.
- On chyba jest niepełnoletni, nie? Czy nie powinien…
- Nie. To jest właśnie ten Szymon, o którym ci mówiłem.
- Wiedziałem, że ktoś mnie obgaduje – krzyczy rudy zza ścianki. – Swędziały mnie uszy.
- Bo się nie myjesz.
- Prawdziwe punki śmierdzą! – ryczy, wymachując puszką.
- Niech sobie śmierdzą, ale nie tutaj! Co jest? – dodaję, zerkając na Ninę, która patrzy na mnie z niewyraźną miną.
- Wiesz… - zaczyna i wstaje – przyjdę, jak go nie będzie. Nie będę wam tera przeszkadzać.
- Co ty wygadujesz? Nie przeszkadzasz. Siadaj i się nie wygłupiaj.
- Kiedy… Zmiana mi się niedługa zaczyna! – wykrzykuje nagle radośnie i wybiega do przedpokoju. Podnoszę się z jękiem i wytaczam się za nią.
- Nina…
- Na razie – staje na palcach i całuje mnie w policzek. – Zadzwonię.
- Zadzwoń – wzdycham.
- Wyszła? – pyta Szymon, gdy wracam do salonu.
- Wyszła – warczę.
- Świetnie – chłopak weseleje wyraźnie i wraca do czytania książki.
Zgrzytam zębami i staram się nie jęczeć z bólu, gdy kładę się w swoim pokoju na materacu.
Ostatnie kilkanaście godzin były bardzo pouczające: po pierwsze, nie chodzić do łóżka z lalusiowatymi ciotami. Po drugie: nie upijać się samemu. Po trzecie: kiedy już się walnęło kogoś po mordzie, trzeba wiać, a nie czekać aż odda. Po czwarte: nigdy więcej nie dopuścić do spotkania pewnego rudego Polaka z pewną niską Ukrainką.
Jeśli tylko będę o tym pamiętać, na bank będzie mi się lepiej żyło.
(by Feri)
____________________________________
UWAGA, UWAGA!
Jeśli macie pomysł na poprowadzenie akcji, znaleźliście jakiś błąd, chcecie, żeby napisać coś z punktu widzenia jakiejś postaci (nawet niezgodnego z fabułą), żeby w następnym rozdziale wpleść coś o czyjejś przeszłości czy życiu obecnym (nasze OCe kryją dużo tajemnic ^^) - piszcie w komentarzach albo prywatnych.
10.02.2012 o godz. 15:00
24.02.2012, 19:55
KuroNeko
napisał(a):
*i tutaj na twarzy Neko pojawia się uśmiech godny kota z Cheshire* Jutro?! Z bonusem?! *w*
słodko :3 :D. Czekam z niecierpliwością :3.
słodko :3 :D. Czekam z niecierpliwością :3.
24.02.2012, 12:20
KuroNeko
napisał(a):
Jestem upierdliwym człowiekiem i zacznę was męczyć pytaniem - kiedy dodacie następny rozdział? :3
10.02.2012, 20:54
KuroNeko
napisał(a):
mrau~ :3
Fabuła jest genialna :D Poproszę tylko w niedalekiej przyszłości więcej takich ostrych akcji (jeśli prosić mogę) :3.
Fabuła jest genialna :D Poproszę tylko w niedalekiej przyszłości więcej takich ostrych akcji (jeśli prosić mogę) :3.



Napiszę tylko jedno słowo: więcej. C: