Dzika myśl mnie nawiedziła na dodawanie rzeczy niezwiązanych dokładnie z fabułą opków, aczkolwiek związanych z ich bohaterami. I tak oto powstał OFFroad. Niżej ważniejsze wydarzenia z życia P.
’89 – nie, nie pamiętam upadku muru berlińskiego. Nie mogłem pamiętać, miałem wtedy niecałe 7 miesięcy i nic nie rozumiałem. Ale potem, od kiedy tylko okazało się, że rozumiem co się do mnie mówi, opowiadano mi w jakim to ważnym dla kraju roku się urodziłem. Dobrym czy złym – nie wiem. Zdania były, są i będą podzielone. Prym w uczeniu mnie „patriotyzmu” wiodła matka, rodowita Niemka, miłująca ukochaną ojczyznę całym serca, która na takiego samego Niemca chciała mnie wychować. Nie przyjmowała do wiadomości faktu, że jest to z góry skazane na niepowodzenie – któregoś pięknego sierpniowego dnia, z niewiadomych dla siebie i innych przyczyn, zapomniała się, a dwa czy trzy miesiące później wzięła ślub z człowiekiem, do którego niechęcią pałała i ona, i całkiem pokaźna część ukochanego narodu niemieckiego – z Polakiem.
7 lat – matka robiła wszystko co mogła, żebym był odcięty od wszelkich rzeczy, które mogły kojarzyć się z krajem mojego ojca i wychowany w duchu niemieckim, dlatego postanowiono, że będę nosił panieńskie nazwisko matki. Tacie udało się wynegocjować neutralne imię.
„Wrogą propagandę” ojciec zaczął uprawiać, kiedy poszedłem do podstawówki. Zadeklarował się, że będzie mnie do niej zaprowadzać i z niej odbierać. W czasie tych krótkich spacerów opowiadał mi o historii Polski, o zwyczajach i tradycjach, o miastach, czasami rzucał jakieś słówko po polsku. W domu nucił „Mazurek Dąbrowskiego”, śpiewał mi polskie kołysanki, opowiadał polskie legendy. Byłem ciekawy, pytałem o coraz więcej. Ociec chciał mnie posłać do polskiej szkoły, ale matka stanowczo się temu sprzeciwiła. Zaczął mnie więc uczyć polskiego. W tajemnicy.
10-11 lat – umiałem podstawowe zwroty, całkiem sporo rozumiałem, czytałem po polsku, słuchałem płyt ojca, czasami próbowałem rozmawiać z ojcem po polsku. Śmieszył mnie ten język, a równocześnie czułem do niego coś w rodzaju respektu albo dumy.
Wtedy też razem z kilkoma kumplami ukradliśmy ze sklepu taśmę, klej, trochę gwoździ, batonów… Do bazy. Pierwszy raz i w moim wypadku nie ostatni. Nikt się nie dowiedział.
12 lat – nie wiem jak i kiedy zaczął się mój konflikt z matką. Grunt, że w tym czasie się nasilił. Poszło o, jak to określiła, polonizację. Tłumaczyła mi kilkadziesiąt minut spokojnym głosem, dlaczego Polacy są gorsi, wymieniła ich klęski, z pogardą mówiła o kulturze i zwyczajach, w Polsce widziała tylko prowincjonalną dziurę, która przez przypadek nie leży w Azji. Równie spokojnym głosem wyzywałem ją potem od suk i dziwek. Po polsku i po niemiecku.
Dostałem najgorsze lanie w swoim życiu.
14 lat – bardzo powoli zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, kim jestem i na serio się przestraszyłem. Uciekałem od tego – umawiałem się z dziewczynami, całowałem się z nimi, razem z innymi wyśmiewałem się z gejów, rzucałem w nich puszkami, jeśli obok przechodzili. Nawet w tym przodowałem.
Wszedłem w dilerkę. W szkole i na imprezach było zapotrzebowanie na prochy, więc je załatwiałem. Potrafiłem całkiem zgrabnie bajerować nauczycieli, ochroniarzy i policjantów, jedyne co mieli to podejrzenia, nigdy dowody. Kiedy złapali mnie pierwszy raz, zacząłem mówić po polsku. Przetrzymali mnie godzinę, a potem, bezsilni, wypuścili. Metoda się sprawdziła, nikt nie rozumiał polskiego. Nie wiedzieli nawet, co to za język.
Za plecami swojej dziewczyny zacząłem umawiać się ze starszym o dwa lata Mattem. Też dilerem.
15 lat – powiedziałem rodzicom, że mogę być gejem. Ojciec wyglądał, jakby miał się rozpłakać; wyszedł. Usłyszałem tylko dźwięk zamykanych drzwi. W mieszkaniu zostałem sam z matką. Nie krzyczała, jak to miała w zwyczaju. Po prostu mówiła, że to za wcześnie, że jeszcze nic nie wiadomo, że orientacja seksualna jest w pełni ukształtowana dopiero koło 21 roku życia… „Ale ja to wiem, mama”. Jesteś idiotą. To jest zboczenie, nie orientacja. To się da wyleczyć, może gdzieś na zachodzie kraju. Wezmę urlop, chcesz?
Uciekłem na północ. Z Mattem.
Trzy dni później do domu odstawiła mnie policja. Całego roztrzęsionego, w szoku. Matt zginął w wypadku.
16 lat – rodzice postanowili się rozwieść. Żadne z nich nie robiło problemu ani z tym, kto dostanie mieszkanie (było jasne, że matka), ani z tym, z kim zamieszkam (z ojcem). Sąd co prawda robił jakieś problemy, ale ostatecznie wyprowadziłem się z ojcem do Warszawy i po wakacjach poszedłem do liceum.
17 lat – pierwszy chłopak po przyjeździe do Polski, pierwsze zakochanie, pierwszy seks. Po nim jeszcze większe zakochanie. I ogromne rozczarowanie, gdy dowiedziałem się, że ten dupek za moimi plecami mówi o mnie „niemiecka świnia”, „szkop”, „nazista”. Było tego więcej. Pierwszy raz w życiu miałem potem depresję. Wyszedłem z niej co prawda dość szybko, ale w zakochanie przestałem wierzyć. Nad wyznania i czułe słówka, które teraz wydawały mi się fałszywe i kiczowate, przedłożyłem fizyczność i seks. Postanowiłem sobie, że był to pierwszy i ostatni raz, kiedy jakiś facet doprowadził mnie do takiego stanu. Trzymałem się tego z żelazną konsekwencją.
19 lat – zaraz po maturze wyprowadziłem się. Nie to, że było mi źle z ojcem. Nie było. nie potrafiłem po prostu ciągle go okłamywać, udawać, że wszystko jest w porządku, że nie mam problemów. Zrozumiał. Pomógł mi nawet znaleźć pracę i dołożył się do kupna kawalerki. W zasadzie za nią zapłacił. Za cholerę pojęcia nie mama, skąd miał na to pieniądze, ale wtedy mnie to nie obchodziło.
Szalałem. Żyłem pełnią życia, korzystałem z niego. Zostałem przyjęty na studia, chodziłem do klubów, piłem, ćpałem, zacząłem palić i nałogowo wręcz uprawiać seks. Początkowo ilość chętnych na przelecenie mnie była wprost proporcjonalna do mojego braku doświadczenia. To znaczy duża. Nie przeszkadzało im to. A ja, mając wielu nauczycieli, bardzo szybko się uczyłem.
Któregoś razu, kiedy półprzytomny wracałem nad ranem do domu, tuż przed swoją kamienicą spotkałem pijaną Ninę. Nie znałem jej wtedy. Zabrałem ją do siebie, wykąpałem, przebrałem, położyłem spać. Potem długo gadaliśmy, wymieniliśmy się numerami, ale żadne z nas nie podejrzewało, że kiedykolwiek się do siebie odezwiemy. Zaprzyjaźniliśmy się i przyjaźnimy do dzisiaj.
20-21 lat – ostatecznie skończyłem z dilowaniem. Tuer nie za bardzo chciał się zgodzić, pokłóciliśmy się, a potem ja na tydzień wylądowałem w areszcie za pobicie. Znowu niczego mi nie udowodnili. Nie mogli. Tuer się zabił. Ironia losu*. Ponieważ był równocześnie oskarżycielem, ofiarą i jedynym świadkiem, szybko mnie wypuścili.
Rzucałem ćpanie. Szło mi bardzo opornie.
Ojciec miał wypadek. Zignorował czerwone światło i przypieprzył w ciężarówkę. Miał za wolny refleks, nie zdążył skręcić. Uraz nie była na tyle poważny, żeby go zabić, ale wystarczający, by ojciec zapadł w śpiączkę. Po zastanowieniu postanowiłem przewieźć go do jednego ze szpitali w Berlinie, gdzie moja matka pracowała jako lekarz. Trochę było z tym kłopotów, ale udało się. Przy okazji dowiedziałem się, że mam dwuletniego brata. Niemca z krwi i kości.
Krótko po powrocie z Berlina spotkałem Szymona. Zamieszkał u mnie. I mieszka sobie do dziś.
_______
*tuer - z fr. "zabić", "zabić się" (chyba)
(by Feri)
Aha, jakby to kogoś interesowało, niedługo powinny pojawić się nowe części.
dziękuję
smacznego
’89 – nie, nie pamiętam upadku muru berlińskiego. Nie mogłem pamiętać, miałem wtedy niecałe 7 miesięcy i nic nie rozumiałem. Ale potem, od kiedy tylko okazało się, że rozumiem co się do mnie mówi, opowiadano mi w jakim to ważnym dla kraju roku się urodziłem. Dobrym czy złym – nie wiem. Zdania były, są i będą podzielone. Prym w uczeniu mnie „patriotyzmu” wiodła matka, rodowita Niemka, miłująca ukochaną ojczyznę całym serca, która na takiego samego Niemca chciała mnie wychować. Nie przyjmowała do wiadomości faktu, że jest to z góry skazane na niepowodzenie – któregoś pięknego sierpniowego dnia, z niewiadomych dla siebie i innych przyczyn, zapomniała się, a dwa czy trzy miesiące później wzięła ślub z człowiekiem, do którego niechęcią pałała i ona, i całkiem pokaźna część ukochanego narodu niemieckiego – z Polakiem.
7 lat – matka robiła wszystko co mogła, żebym był odcięty od wszelkich rzeczy, które mogły kojarzyć się z krajem mojego ojca i wychowany w duchu niemieckim, dlatego postanowiono, że będę nosił panieńskie nazwisko matki. Tacie udało się wynegocjować neutralne imię.
„Wrogą propagandę” ojciec zaczął uprawiać, kiedy poszedłem do podstawówki. Zadeklarował się, że będzie mnie do niej zaprowadzać i z niej odbierać. W czasie tych krótkich spacerów opowiadał mi o historii Polski, o zwyczajach i tradycjach, o miastach, czasami rzucał jakieś słówko po polsku. W domu nucił „Mazurek Dąbrowskiego”, śpiewał mi polskie kołysanki, opowiadał polskie legendy. Byłem ciekawy, pytałem o coraz więcej. Ociec chciał mnie posłać do polskiej szkoły, ale matka stanowczo się temu sprzeciwiła. Zaczął mnie więc uczyć polskiego. W tajemnicy.
10-11 lat – umiałem podstawowe zwroty, całkiem sporo rozumiałem, czytałem po polsku, słuchałem płyt ojca, czasami próbowałem rozmawiać z ojcem po polsku. Śmieszył mnie ten język, a równocześnie czułem do niego coś w rodzaju respektu albo dumy.
Wtedy też razem z kilkoma kumplami ukradliśmy ze sklepu taśmę, klej, trochę gwoździ, batonów… Do bazy. Pierwszy raz i w moim wypadku nie ostatni. Nikt się nie dowiedział.
12 lat – nie wiem jak i kiedy zaczął się mój konflikt z matką. Grunt, że w tym czasie się nasilił. Poszło o, jak to określiła, polonizację. Tłumaczyła mi kilkadziesiąt minut spokojnym głosem, dlaczego Polacy są gorsi, wymieniła ich klęski, z pogardą mówiła o kulturze i zwyczajach, w Polsce widziała tylko prowincjonalną dziurę, która przez przypadek nie leży w Azji. Równie spokojnym głosem wyzywałem ją potem od suk i dziwek. Po polsku i po niemiecku.
Dostałem najgorsze lanie w swoim życiu.
14 lat – bardzo powoli zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, kim jestem i na serio się przestraszyłem. Uciekałem od tego – umawiałem się z dziewczynami, całowałem się z nimi, razem z innymi wyśmiewałem się z gejów, rzucałem w nich puszkami, jeśli obok przechodzili. Nawet w tym przodowałem.
Wszedłem w dilerkę. W szkole i na imprezach było zapotrzebowanie na prochy, więc je załatwiałem. Potrafiłem całkiem zgrabnie bajerować nauczycieli, ochroniarzy i policjantów, jedyne co mieli to podejrzenia, nigdy dowody. Kiedy złapali mnie pierwszy raz, zacząłem mówić po polsku. Przetrzymali mnie godzinę, a potem, bezsilni, wypuścili. Metoda się sprawdziła, nikt nie rozumiał polskiego. Nie wiedzieli nawet, co to za język.
Za plecami swojej dziewczyny zacząłem umawiać się ze starszym o dwa lata Mattem. Też dilerem.
15 lat – powiedziałem rodzicom, że mogę być gejem. Ojciec wyglądał, jakby miał się rozpłakać; wyszedł. Usłyszałem tylko dźwięk zamykanych drzwi. W mieszkaniu zostałem sam z matką. Nie krzyczała, jak to miała w zwyczaju. Po prostu mówiła, że to za wcześnie, że jeszcze nic nie wiadomo, że orientacja seksualna jest w pełni ukształtowana dopiero koło 21 roku życia… „Ale ja to wiem, mama”. Jesteś idiotą. To jest zboczenie, nie orientacja. To się da wyleczyć, może gdzieś na zachodzie kraju. Wezmę urlop, chcesz?
Uciekłem na północ. Z Mattem.
Trzy dni później do domu odstawiła mnie policja. Całego roztrzęsionego, w szoku. Matt zginął w wypadku.
16 lat – rodzice postanowili się rozwieść. Żadne z nich nie robiło problemu ani z tym, kto dostanie mieszkanie (było jasne, że matka), ani z tym, z kim zamieszkam (z ojcem). Sąd co prawda robił jakieś problemy, ale ostatecznie wyprowadziłem się z ojcem do Warszawy i po wakacjach poszedłem do liceum.
17 lat – pierwszy chłopak po przyjeździe do Polski, pierwsze zakochanie, pierwszy seks. Po nim jeszcze większe zakochanie. I ogromne rozczarowanie, gdy dowiedziałem się, że ten dupek za moimi plecami mówi o mnie „niemiecka świnia”, „szkop”, „nazista”. Było tego więcej. Pierwszy raz w życiu miałem potem depresję. Wyszedłem z niej co prawda dość szybko, ale w zakochanie przestałem wierzyć. Nad wyznania i czułe słówka, które teraz wydawały mi się fałszywe i kiczowate, przedłożyłem fizyczność i seks. Postanowiłem sobie, że był to pierwszy i ostatni raz, kiedy jakiś facet doprowadził mnie do takiego stanu. Trzymałem się tego z żelazną konsekwencją.
19 lat – zaraz po maturze wyprowadziłem się. Nie to, że było mi źle z ojcem. Nie było. nie potrafiłem po prostu ciągle go okłamywać, udawać, że wszystko jest w porządku, że nie mam problemów. Zrozumiał. Pomógł mi nawet znaleźć pracę i dołożył się do kupna kawalerki. W zasadzie za nią zapłacił. Za cholerę pojęcia nie mama, skąd miał na to pieniądze, ale wtedy mnie to nie obchodziło.
Szalałem. Żyłem pełnią życia, korzystałem z niego. Zostałem przyjęty na studia, chodziłem do klubów, piłem, ćpałem, zacząłem palić i nałogowo wręcz uprawiać seks. Początkowo ilość chętnych na przelecenie mnie była wprost proporcjonalna do mojego braku doświadczenia. To znaczy duża. Nie przeszkadzało im to. A ja, mając wielu nauczycieli, bardzo szybko się uczyłem.
Któregoś razu, kiedy półprzytomny wracałem nad ranem do domu, tuż przed swoją kamienicą spotkałem pijaną Ninę. Nie znałem jej wtedy. Zabrałem ją do siebie, wykąpałem, przebrałem, położyłem spać. Potem długo gadaliśmy, wymieniliśmy się numerami, ale żadne z nas nie podejrzewało, że kiedykolwiek się do siebie odezwiemy. Zaprzyjaźniliśmy się i przyjaźnimy do dzisiaj.
20-21 lat – ostatecznie skończyłem z dilowaniem. Tuer nie za bardzo chciał się zgodzić, pokłóciliśmy się, a potem ja na tydzień wylądowałem w areszcie za pobicie. Znowu niczego mi nie udowodnili. Nie mogli. Tuer się zabił. Ironia losu*. Ponieważ był równocześnie oskarżycielem, ofiarą i jedynym świadkiem, szybko mnie wypuścili.
Rzucałem ćpanie. Szło mi bardzo opornie.
Ojciec miał wypadek. Zignorował czerwone światło i przypieprzył w ciężarówkę. Miał za wolny refleks, nie zdążył skręcić. Uraz nie była na tyle poważny, żeby go zabić, ale wystarczający, by ojciec zapadł w śpiączkę. Po zastanowieniu postanowiłem przewieźć go do jednego ze szpitali w Berlinie, gdzie moja matka pracowała jako lekarz. Trochę było z tym kłopotów, ale udało się. Przy okazji dowiedziałem się, że mam dwuletniego brata. Niemca z krwi i kości.
Krótko po powrocie z Berlina spotkałem Szymona. Zamieszkał u mnie. I mieszka sobie do dziś.
_______
*tuer - z fr. "zabić", "zabić się" (chyba)
(by Feri)
Aha, jakby to kogoś interesowało, niedługo powinny pojawić się nowe części.
dziękuję
24.04.2012 o godz. 12:08
komentuj (0)
Zebrałam się nareszcie. Gdyby nie moje cholerne lenistwo, rozdział byłby wcześniej ^^"
indżoj.
Rozlega się dzwonek do drzwi.
Nieruchomieję momentalnie i wystawiam głowę spod prześcieradła, nasłuchuję chwilę. Jeszcze raz słychać dźwięk.
- Nie otworzysz? – pyta Marek, ściągając mi prześcieradło z karku.
- Podzwoni i przestanie – wzruszam ramionami i wracam do przerwanej roboty. Kolejny terkot zlewa się z przepełnionym rozkoszą jękiem Marka.
- Może jednak…
Przeklinam pod nosem, wstaję i szybko wciągam leżące najbliżej spodnie, próbując wytrzeć resztki spermy z mojego brzucha i torsu. Przeczesuję trochę włosy i idę otworzyć drzwi. Naciskam klamkę zastanawiając się, co tym razem szanownym sąsiadom mogło przeszkadzać. Wyjątkowo cicho dziś byliśmy, ale to głównie przez wcześniejszą kłótnię, która do cichych raczej nie należała. Mogłem nie rzucać tym talerzem o podłogę… Cmokam cicho i staram się przybrać skruszony wyraz twarzy.
- Siem… Co ty taki wymiętoszony? Wstałeś dopiero?
Nie, to nie sąsiad ani sąsiadka, tylko Maciek. Kolega z roku. Ten sam, z którym się wczoraj pieprzyłem i za którego dostałem ochrzan gdy tylko wróciłem do domu.
Chyba już bym wolał jakiegoś emeryta.
- Tak się złożyło – burczę. – Czego chcesz?
- Na imprezę przyszedłem.
Szeroko otwieram oczy ze zdziwienia, opieram się o framugę.
- Pomyliłeś adresy.
- Nieee, raczej nie – przepycha się obok mnie i wprasza się do mieszkania. – Wczoraj o tym gadaliśmy, pamiętasz?
- Nie.
- I się zgodziłeś na to, żeby zrobić imprezę u ciebie – kontynuuje Maciek, siada na kanapie i zagląda do pustych kubków stojących na stoliku. – Ale jak widzę nic tu nie jest zrobione…
- I nie będzie – warczę. – Odwołaj wszystko.
- Co?! Zwariowałeś?!
- Powiesz, że dzwoniłeś po pijaku albo chciałeś mnie wkręcić. Uwierzą.
- Możliwe. Ale przyjdą tak czy inaczej.
Przeklinam, przygryzam opuszek kciuka. Kretyn wpakował mnie w robienie domówki. Nie wiem gdzie debil miał głowę gdy to wymyślał.
- Ile czasu?
Maciek zerka na zegarek.
- Godzina.
Mruczę coś pod nosem, delikatnie bijąc pięścią w otwartą dłoń. Idiota, idiota, idiota, cholerny idiota…
Z pokoju wychodzi Marek. Nie mam teraz ochoty obu tłumaczyć obecność drugiego, przedstawiać ich sobie i bawić się w tego typu rzeczy. Uciszam jednego z nich niecierpliwym syknięciem, gdy ten chce coś powiedzieć. Marek podchodzi do mnie od tyłu, kładzie ręce na moich ramionach.
- Spokojnie – mówi i całuje mnie w ucho. – Pomogę.
Za cholerę nie mam pojęcia jak nam się to udało, ale wyrobiliśmy się ze wszystkim w niecałą godzinę. Ktoś mi mówił, że w słowniku Polaków nie istnieje wyrażenie „nie da się”. Pomarudzą przez chwilę, poprzeklinają, trochę wypiją i w końcu zrobią. I to tak, że efekt może przejść oczekiwania. Do dzisiaj w to nie wierzyłem, ale zobaczyłem na własne oczy i nawet brałem w tym udział. Coraz bardziej zaczynam sobie uświadamiać fakt, że jestem jednak zdominowany przez geny niemieckie.
Najwięcej ludzi napływa ciągu pierwszych kilkunastu minut. Drzwi non stop zamykają się i otwierają, osoby które znam są zastępowane przez te, które widzę pierwszy raz. Chowam wszystkie kruche rzeczy do szuflad, macham ręką na dochodzące z kuchni odgłosy tłuczącego się szkła i jakieś upiorne techno, które leci na kanale muzycznym. Po zrobieniu tych wszystkich kanapek i drinków, przyniesieniu kilku toreb z chipsami, popcornem i piwem zwyczajnie nie mam siły. Gdzieś miga mi Nina, ale nie jestem pewien, czy to była ona, widok zasłania mi stado ludzi. Maciek i Marek zniknęli z zasięgu mojego wzroku.
- Nie mówiłeś, że domówkę robisz! – wydziera się Szymon, gdy próbuję zniknąć w swoim pokoju. W którym, mówiąc na marginesie, bzykają się ze trzy pary.
- Bo nie robię! Kumpel robi! – odwrzaskuję i zerkam zdegustowany na dwie pary nóg wystające zza ścianki. – Ja mu tylko użyczam miejsca!
Szymon wolno kiwa głową, zerka na stado ludzi kłębiące się salonie.
- Aha. Dobre drinki – mówi, unosi kieliszek i wciska się w tłum. Patrzę na niego przez chwilę i wchodzę do pokoju. Jęczę w duchu, omijając wyjątkowo namiętną parę, mało co nie pakuję się w następną. Wyganiam ze swojej wnęki dwie całujące się dziewczyny bardziej na środek i buduję prowizoryczny mur z materaca i kartonów.
Może jakoś wytrwam.
Ludzie. Dużo ludzi, którzy wrzeszczą, śmieją się, palą, wlewają w siebie hektolitry alkoholu i sztachają się, siedząc pod ścianą. Cholernie głośna muzyka. Gdzie by nie spojrzeć, wszędzie obmacujące się pary – o dziwo, heteroseksualnych wcale nie jest więcej. Ktoś śpiewa wymachując pełną butelką i ochlapując wszystko i wszystkich dookoła. Ktoś przeciska się obok mnie z gaciami na głowie. Ktoś wchodzi komuś pod bluzkę. Ktoś przed kimś klęka. Ktoś… Odwracam głowę i mocniej wbijam paznokcie w przedramię Niny. Gdzie ona mnie zaprowadziła? Dziewczyna uparcie brnie do przodu, do kuchni jak się okazuje. Dopycha się do szerokiej półki, przechyla się przez nią.
- Marek! Hej!
Ciemnowłosy facet przestaje rozmawiać z rudym chłopakiem i odwraca się w naszą stronę. Uśmiecha się, podchodzi i cmoka Ninę w policzek.
- Cześć. Co u ciebie?
- Świetnie. To jest Liza – przedstawia mnie szybko. Niepewnie unoszę kącik ust.
- Marek.
Ściskam jego dłoń. Jest duża i ciepła.
- Zrobiłbyś nam szybko dwa drinki?
- Pewnie. Jakie?
- Dla mnie na bazie wódki, słodkie. Dla Lizy…
- Coś słabego – wpadam jej w słowo. – I zielone, jeśli można.
Facet kiwa głową i odchodzi. Patrzę, jak błyskawicznie wszystko przygotowuje. Rudowłosy chłopak podchodzi do niego i coś mówi, Marek krótko zerka w naszą stronę. Potem jeszcze raz, unosi na chwilę brwi i wskazuje na coś głową. Nina przez moment marszczy brwi, następnie otwiera usta i potakuje ze zrozumieniem. Nie mam pojęcia, co się dzieje.
- Lisa, idę na moment – mówi, gdy przyjmujemy drinki.
- Co?! Gdzie?
- Do pokoju, do Piotrka. Potem ci go przedstawię – dodaje szybko, widząc moją zdezorientowaną minę. Cmoka mnie w policzek, uczepia się ręki Marka i znika w tłumie. Opieram się o półkę, sącząc drinka. Nawet niezły.
- My się chyba nie znamy?
Odwracam się szybko. Za mną, po przeciwnej stronie półki, stoi tamten rudowłosy chłopak. Uśmiecha się, pociąga łyk z czerwonego drinka. Lekko opuszczam głowę.
- Nie…
- Trzeba to zmienić. Szymon – wyciąga rękę. Ściskam ją.
- Liza – szepczę nieśmiało. – Mam na imię Liza.
- Jak?!
- Liza! – krzyczę, usiłując przekrzyczeć muzykę.
- Liza… - powtarza, znowu upija łyk. – Ładnie.
Znowu się uśmiecha, cudowny ma ten uśmiech. Trochę jak mały chłopiec. Inna sprawa, ż eon nie wygląda na więcej niż 18 lat. Chłopak wychodzi z kuchni i bierze mnie za rękę.
- Chodź.
Zaczyna ciągnąć mnie przez tłum. Sięgam mu nieco ponad ramię, wszelkie próby oporu są pozbawione sensu. Idę więc grzecznie za nim, uważając na drinka.
Szymon wprowadza mnie za półki, które odgradzają od salonu kawałek przestrzeni. Zauważam materac, książki, płyty i plakaty. Klitka spełnia pewnie rolę jego pokoju. O dziwo, tu nikogo nie ma.
- Zdrowie – chłopak stuka swoim kieliszkiem o mój i trochę wypija. Robię to samo. gdy odstawiam puste naczynie od ust, czuję w głowie cichy, przerywany szum. Alkohol, nawet w niewielkich ilościach, działa na mnie silnie i błyskawicznie. Zataczam się nieco, łapię ramię Szymona. Chłopak podtrzymuje mnie w talii, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna, drugą ręką muska mój policzek i przesuwa ją na pierś. Mogę jeszcze kojarzyć fakty na tyle, żeby wiedzieć że się do mnie dobiera. Strącam jego dłoń zbyt gwałtownie, zataczam się. Chłopak trzyma mnie mocniej, pochyla się i całuje mnie niespodziewanie, wsuwając rękę pod moją bluzkę. Po kilku sekundach, gdy szok moja, mocno go odpycham, tracę równowagę i lecę do tyłu. Łapię go za bluzkę, żeby mieć jakiś punkt oparcia, ale szarpnięcie jest tak silne, że oboje wpadamy na półkę, która chwieje się krótko, a potem, wpadłszy na kilka osób, ląduje na podłodze, na niej ja, a na mnie Szymon.
Ktoś pisnął, ktoś kogoś zawołał. Wokół nas szybko zbierają się ludzie. Szymon schodzi ze mnie i pomaga mi wstać. Podnoszę się wolno, pojękując. Cholernie boli mnie lędźwie. Przez tłum przeciska się blondyn, mocno ściskając okręcone wokół bioder prześcieradło. Za nim drobi Nina, przykrywając piersi drugim końcem tego samego materiału. Pieprzyła się z nim, przechodzi mi przez myśl. A mówiła, że już nie będzie.
Chłopak, widząc zwaloną na podłogę półkę czerwienieje i zaczyna coś wrzeszczeć. Wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, w jakimś twardym języku. Niemieckim chyba. Nic nie rozumiem. Widzę, jak podchodzi do niego Marek i uspokajająco głaszcze go po plecach i ramionach. Ktoś krzyczy:
- Koniec imprezy!
Mieszkanie pustoszeje w niesamowitym tempie przy akompaniamencie niezadowolonych pomruków. W ciągu kilkunastu sekund, z ok. 40, może 50 osób, zostaje nas piątka. Posyłam Ninie pytające spojrzenie, ale tylko wzrusza ramionami, zbierając osuwające się prześcieradło.
- Co cię napadło, do cholery?!
- Mnie? – krzyczy Szymon. – Mnie?! a kto tu przed chwilą zrobił tę całą szopkę?!
- Ja nie zwalam obcym ludziom półek na głowę!
- To był wypadek! A ty nie musiałeś od razu na mnie wrzeszczeć, pedale!
Nie rozumiem tego, co odpowiada blondyn (chyba nikt nie rozumie), ale zakładam, że nie można tego zaliczyć do słów uważanych powszechnie za ładne i pożądane. Szymon najwidoczniej też doszedł do takich wniosków, bo zdążył już przełożyć nogę do tyłu i zacisnąć pięść. Nina doskakuje do niego i powstrzymuje go, zanim chłopak prostuje rękę w łokciu. O prześcieradle zapomniała.
- Powariowaliście oboje! Uspokójcie się!
- Chodź. – Marek łapie blondyna za łokieć, podając Ninie jakiś T-shirt, a potem razem z blondynem znika w pokoju i zamyka drzwi.
Szymon strąca rękę Niny ze swojego przegubu i duszkiem wypija zawartość stojącej najbliżej butelki, mamrocze coś pod nosem. Panuje nieprzyjemna, ciężka atmosfera, nikt się nie odzywa. Nina niemrawo grzebie bosą stopą wśród rzeczy, które tworzą na dywanie malowniczą górkę.
- Trzeba by chyba tę nieszczęsną półkę podnieść, nie? – odzywa się chłopak po kilku minutach, patrząc na mebel beznamiętnie. Nina wygładza na sobie T-shirt podany przez Marka. Sięga jej przed kolana.
- Pomogę.
- Ja też – bełkoczę wbrew sobie; nadal jest mi niedobrze i kręci mi się w głowie, a kiedy wstaję mało co nie tracę równowagi.
- Ani mi się waż – oponuje Nina i sadza mnie na kanapie. – Siedź i staraj się nie czuć źle. Albo idź spać.
Nim zdążam zaprotestować, całkiem szybko podnoszą półkę i upychają na niej nieliczne rzeczy, które z niej pospadały. Przyglądam się im, czując że ogarnia mnie coraz większa senność. Strzępki ich rozmowy docierają do mnie jakby przez grubą taflę wody.
- …ecie spać?
- Tu… roblemu…
- …nie moje mieszkanie. Śpijcie gdzie…
Chwila ciszy. Potem słychać nieśmiały głos Niny.
- …nie zostawiać jej na kanapie…
- Pomóż mi.
Przed zaśnięciem czuję jak ktoś mnie podnosi i zamyka w mocnym uścisku. Ten ktoś mocno pachnie dezodorantem, deszczem i procentami. Moment później delikatnie zostaję położona na czymś miękkim. Zasypiam, gdy dostaję pocałunek w czoło.
Budzi mnie głośne chrapnięcie. Otwieram oczy i patrzę w kierunku z którego doszedł dźwięk. Zauważam obejmującego mnie Szymona. Wyplątuję się szybko z jego ramion i siadam. Czuję tępy ból w skroniach i pośrodku głowy.
- O żesz ty w dupę jebana…
Wstaję i podtrzymując się ścian i mebli wchodzę do drugiego pokoju, pogrążonego w półmroku. Cały jest w pustych butelkach i puszkach, po podłodze walają się opakowania po popcornie i chipsach, mnóstwo ubrań, na szafach i ścianach widać jakieś zacieki i rysunki, w niektórych miejscach odeszła farba i widać tynk. Idę dalej, klucząc między rozbitą żarówką, szkłem i gazetami. Dochodzę do materaca, przy którym leży kilka par spodni, kilka bluzek, bokserki, spódnica i stringi; spod kołdry wystaje jedna para nóg, ale kształt wskazuje na co najmniej dwie osoby. Odkrywam kołdrę i szeroko otwieram oczy.
Pośrodku leży nagi blondyn. Śpi z półotwartymi ustami, obejmując Marka i trzymając go za rękę. Drugim ramieniem przytula Ninę, która położyła głowę na jego torsie i wsunęła między jego kolana swoją nogę. Też jest naga, jej stanik leży na brzuchu Marka. Gdy mija pierwszy szok schylam się i potrząsam ją za ramię. Budzi się natychmiast.
- O co chodzi? – pyta, ziewając i przeciągając się. Przeciera twarz dłońmi.
- Ty mi powiedz!
- Co?
- Chcę wracać, zabierz mnie stąd.
Nina ziewa i wzdycha.
- Daj mi minutkę.
Wstaje. Zażenowana odwracam głowę, gdy się przebiera.
- Chcesz coś zjeść?
- Ale czy on…
- Nie, nie będzie zły – kręci głową i wciąga na gołe piersi czyjąś wielgachną bluzkę. – Chodź na śniadanie. Pogadamy.
Wstaję z szybko bijącym sercem. Znowu mi się śnił jakiś koszmar, chyba na serio powinienem przestać jedzenie po północy. Marek mruczy coś przez sen i chwilę się kręci. Delikatnie głaszczę go po głowie i odczepiam od siebie jego palce. Wstaję, wciągam na siebie bokserki i szeroko otwieram okno. Prawie nikogo nie ma, musi być bardzo wcześnie. Ziewam, przeciągam się i rozglądam po pokoju. Wszędzie jakieś puszki i butelki, kawałki jedzenia wgniecione w podłogę (miałem tyle rozumu, że zrolowałem dywan), zużyte prezerwatywy, czyjaś bielizna, pomazane ściany i szafa… Ein Ducheinander und Schweinestall. Czyli, mówiąc delikatnie, burdel i chlew. Solennie sobie przyrzekam, że w najbliższym tygodniu tu posprzątam. I kupię farbę. Pierwszy i ostatni raz zrobiłem imprezę u siebie.
Po kilku minutach szukania znajduję papierosy, po kilkunastu zapalniczkę. Zaciągam się długo – moje płuca domagały się nikotyny jak zawsze, kiedy poprzedniego dnia wypiłem większe ilości alkoholu. Niektórzy mają kaca, ja wypalam pół paczki. Jeśli miałbym wybierać, wolałbym kaca. Jest mniej kosztowny.
Wychodzę z pokoju do salonu, gdzie siedzi Nina. Jej obecność mnie nie dziwi, intrygująca jest ruda dziewczyna, popijająca z wielkiej filiżanki parującą, gorącą herbatę. Na stoliku przed nimi leżą talerze pełne okruszków.
- Już po śniadaniu? – pytam, podchodzę do Niny i całuję ją w policzek.
- Już. Nie pal.
Zaciągam się i idę do pokoju Szymona, wchodzę. Śpi na wznak z półotwartymi ustami, głośno pochrapując. Pochylam się nad nim i mocno go potrząsam.
- Hej! 10 jest! Wstawaj!
Nie reaguje zupełnie, nawet nie mruczy nic przez sen. Lekko biję go po twarzy. Budzi się momentalnie.
- Ocipiałeś?! – wrzeszczy i kopie mnie w łydkę. Ale wstaje.
Wychodzę z pokoju, zgniatam papierosa i zerkam na rudą. Siedzi na fotelu z podkulonymi nogami, uparcie wpatrzona w trzymaną w dłoniach filiżankę. Uśmiecham się do niej.
- My chyba nie mieliśmy okazji się poznać. – Wyciągam rękę. – Jestem Peter. Albo Piotrek.
Delikatnie ściska moją dłoń. Ma strasznie jasną, wręcz białą skórę i bardzo ładne, długie palce, paznokcie pomalowane na perłowy róż. Patrzę w jej intensywnie zielone oczy, zerkam na piegi i na łagodne, może trochę dziecięce rysy. Widać, że jest niska, ma pewnie niewiele ponad metr 50 wzrostu. Ma niebanalną urodę, jest naprawdę śliczna. Wygląda na 19, 20 lat, ale mogę się założyć, że jest starsza.
- Liza.
- Miło mi.
Dziewczyna spuszcza oczy, zaczyna wpatrywać się w filiżankę. Przyglądam się jej z ciekawością. Nina lekko kopie mnie w nogę.
- Przestań się na dziewczynę gapić. Masz – mówi, podając mi kanapkę, którą skądś nagle wytrzasnęła – zjedz coś. Nie można żyć samymi papierosami.
Biorę od niej bułkę, siadam obok niej na kanapie i kładę głowę na jej ramieniu. Zauważam, że Liza posyła jej ten rodzaj spojrzenia, które mówi: „Widzisz?”. Nina wzdycha.
- Już ci mówiłam, Liza.
- O czym? – interesuję się i gryzę bułkę.
- Nie mów!
- Dlaczego? – pyta Nina i nie zwracając uwagi na rozpaczliwe kręcenie głową rudej, odwraca się w moją stronę.
- Liza uważa, że jesteśmy parą.
- O. – Uśmiecham się i upijam trochę kawy z kubka Niny, patrząc z zaciekawieniem na dziewczynę. – A czemu?
- No… - piegowata wykręca palce, strzykając stawami. – Tak to wyglądało… Całowaliście się, spaliście razem… Nadzy… - Kiedy to mówi, jej uszy nabierają barwy głębokiej czerwieni. – Po prostu myślałam…
- Rozumiem – kiwam głową, wkładając do ust ostatni kęs bułki. – Ale my byliśmy, jesteśmy i będziemy tylko i wyłącznie przyjaciółmi. Kocham ją – cmokam Ninę w policzek – ale do wszelkiego erotyzmu raczej nam daleko.
- Ło Jezus Maria… - jęczy Szymon, który zdążył przyjść do salonu ze swojego pokoju i rozwalić się na drugim fotelu. Ziewa. – Porąbańcy, międzynarodowa ukraińsko-niemiecka propagana… 10 rano jest…
- I wy nigdy nie… - dopytuje Liza, nie zwracając uwagi na pieprzenie Szymona.
- Nigdy.
- Cześć – ziewa Marek, wchodząc do salonu i przeciąga się. Zerkam na jego długie nogi, umięśnione ramiona, nagi tors. Nieświadomie zwilżam usta i przygryzam dolną wargę w uśmiechu. – O, hej Liza.
- To wy się znacie? – pytam zdziwiony, wykręcając głowę w jego stronę.
- Znamy. Zazdrosny?
- Debil – mruczę z uśmiechem, przyciągam go do siebie i całuję go długo, na koniec lekko szczypię w wargę. Może rzeczywiście jestem trochę zazdrosny. Liza odwraca od nas wzrok; wydaje mi się, że jest trochę zażenowana i zdziwiona. Nina łapie moje spojrzenie.
- Ona po prostu nie wiedziała, że jesteście ze sobą.
- Nie wygadałaś jej jeszcze?
Dziewczyna bije mnie poduszką kilka razy, podnosząc się na kolana. Biorę drugą, niezdarnie zasłaniając się ramieniem. Mocno ściskam poduszkę i zaczynam okładać nią Ninę. Po kilku chwilach daję sobie spokój z poduszką i blokuję jej ręce, a potem zaczynam łaskotać dziewczynę w żebra i brzuch. Piszczy wysoko, skręca się i zaczyna chichotać.
- Nie! Przestań! Błagam, przestań!
Siadam na jej nogach i jeszcze bardziej ją łaskoczę. Wierzga nimi jak oszalała, na bank nabiła mi już kilka siniaków. W przerwach między jej chichotami i piskami słyszę westchnienie Marka.
- Jak dzieci. Zupełnie jak dzieci.
Podsumowanie:
- nigdy więcej imprez w Polsce
- nie pić więcej niż 50 ml alkoholu na raz (!)
- uważać na facetów
- starać się nie wylądować w łóżku w jakiejkolwiek sytuacji (jaka by ona nie była0
- nie dziwić się relacjom na linii Nina-Peter i Marek-Peter
Przygryzam ołówek i po namyśle dopisuję jeszcze jedno zdanie:
- nie dziwić się niczemu w tym kraju
- Banda cholernych popaprańców…
(by Feri/IMN)
I zapraszam na: http://someourgaystuff.tumblr.com/
Są tam zdjęcia, teksty, grafiki i inne pierdoły, które przypominają nam o naszych dzieciach :p
indżoj.
-6-
Rozlega się dzwonek do drzwi.
Nieruchomieję momentalnie i wystawiam głowę spod prześcieradła, nasłuchuję chwilę. Jeszcze raz słychać dźwięk.
- Nie otworzysz? – pyta Marek, ściągając mi prześcieradło z karku.
- Podzwoni i przestanie – wzruszam ramionami i wracam do przerwanej roboty. Kolejny terkot zlewa się z przepełnionym rozkoszą jękiem Marka.
- Może jednak…
Przeklinam pod nosem, wstaję i szybko wciągam leżące najbliżej spodnie, próbując wytrzeć resztki spermy z mojego brzucha i torsu. Przeczesuję trochę włosy i idę otworzyć drzwi. Naciskam klamkę zastanawiając się, co tym razem szanownym sąsiadom mogło przeszkadzać. Wyjątkowo cicho dziś byliśmy, ale to głównie przez wcześniejszą kłótnię, która do cichych raczej nie należała. Mogłem nie rzucać tym talerzem o podłogę… Cmokam cicho i staram się przybrać skruszony wyraz twarzy.
- Siem… Co ty taki wymiętoszony? Wstałeś dopiero?
Nie, to nie sąsiad ani sąsiadka, tylko Maciek. Kolega z roku. Ten sam, z którym się wczoraj pieprzyłem i za którego dostałem ochrzan gdy tylko wróciłem do domu.
Chyba już bym wolał jakiegoś emeryta.
- Tak się złożyło – burczę. – Czego chcesz?
- Na imprezę przyszedłem.
Szeroko otwieram oczy ze zdziwienia, opieram się o framugę.
- Pomyliłeś adresy.
- Nieee, raczej nie – przepycha się obok mnie i wprasza się do mieszkania. – Wczoraj o tym gadaliśmy, pamiętasz?
- Nie.
- I się zgodziłeś na to, żeby zrobić imprezę u ciebie – kontynuuje Maciek, siada na kanapie i zagląda do pustych kubków stojących na stoliku. – Ale jak widzę nic tu nie jest zrobione…
- I nie będzie – warczę. – Odwołaj wszystko.
- Co?! Zwariowałeś?!
- Powiesz, że dzwoniłeś po pijaku albo chciałeś mnie wkręcić. Uwierzą.
- Możliwe. Ale przyjdą tak czy inaczej.
Przeklinam, przygryzam opuszek kciuka. Kretyn wpakował mnie w robienie domówki. Nie wiem gdzie debil miał głowę gdy to wymyślał.
- Ile czasu?
Maciek zerka na zegarek.
- Godzina.
Mruczę coś pod nosem, delikatnie bijąc pięścią w otwartą dłoń. Idiota, idiota, idiota, cholerny idiota…
Z pokoju wychodzi Marek. Nie mam teraz ochoty obu tłumaczyć obecność drugiego, przedstawiać ich sobie i bawić się w tego typu rzeczy. Uciszam jednego z nich niecierpliwym syknięciem, gdy ten chce coś powiedzieć. Marek podchodzi do mnie od tyłu, kładzie ręce na moich ramionach.
- Spokojnie – mówi i całuje mnie w ucho. – Pomogę.
Za cholerę nie mam pojęcia jak nam się to udało, ale wyrobiliśmy się ze wszystkim w niecałą godzinę. Ktoś mi mówił, że w słowniku Polaków nie istnieje wyrażenie „nie da się”. Pomarudzą przez chwilę, poprzeklinają, trochę wypiją i w końcu zrobią. I to tak, że efekt może przejść oczekiwania. Do dzisiaj w to nie wierzyłem, ale zobaczyłem na własne oczy i nawet brałem w tym udział. Coraz bardziej zaczynam sobie uświadamiać fakt, że jestem jednak zdominowany przez geny niemieckie.
Najwięcej ludzi napływa ciągu pierwszych kilkunastu minut. Drzwi non stop zamykają się i otwierają, osoby które znam są zastępowane przez te, które widzę pierwszy raz. Chowam wszystkie kruche rzeczy do szuflad, macham ręką na dochodzące z kuchni odgłosy tłuczącego się szkła i jakieś upiorne techno, które leci na kanale muzycznym. Po zrobieniu tych wszystkich kanapek i drinków, przyniesieniu kilku toreb z chipsami, popcornem i piwem zwyczajnie nie mam siły. Gdzieś miga mi Nina, ale nie jestem pewien, czy to była ona, widok zasłania mi stado ludzi. Maciek i Marek zniknęli z zasięgu mojego wzroku.
- Nie mówiłeś, że domówkę robisz! – wydziera się Szymon, gdy próbuję zniknąć w swoim pokoju. W którym, mówiąc na marginesie, bzykają się ze trzy pary.
- Bo nie robię! Kumpel robi! – odwrzaskuję i zerkam zdegustowany na dwie pary nóg wystające zza ścianki. – Ja mu tylko użyczam miejsca!
Szymon wolno kiwa głową, zerka na stado ludzi kłębiące się salonie.
- Aha. Dobre drinki – mówi, unosi kieliszek i wciska się w tłum. Patrzę na niego przez chwilę i wchodzę do pokoju. Jęczę w duchu, omijając wyjątkowo namiętną parę, mało co nie pakuję się w następną. Wyganiam ze swojej wnęki dwie całujące się dziewczyny bardziej na środek i buduję prowizoryczny mur z materaca i kartonów.
Może jakoś wytrwam.
Ludzie. Dużo ludzi, którzy wrzeszczą, śmieją się, palą, wlewają w siebie hektolitry alkoholu i sztachają się, siedząc pod ścianą. Cholernie głośna muzyka. Gdzie by nie spojrzeć, wszędzie obmacujące się pary – o dziwo, heteroseksualnych wcale nie jest więcej. Ktoś śpiewa wymachując pełną butelką i ochlapując wszystko i wszystkich dookoła. Ktoś przeciska się obok mnie z gaciami na głowie. Ktoś wchodzi komuś pod bluzkę. Ktoś przed kimś klęka. Ktoś… Odwracam głowę i mocniej wbijam paznokcie w przedramię Niny. Gdzie ona mnie zaprowadziła? Dziewczyna uparcie brnie do przodu, do kuchni jak się okazuje. Dopycha się do szerokiej półki, przechyla się przez nią.
- Marek! Hej!
Ciemnowłosy facet przestaje rozmawiać z rudym chłopakiem i odwraca się w naszą stronę. Uśmiecha się, podchodzi i cmoka Ninę w policzek.
- Cześć. Co u ciebie?
- Świetnie. To jest Liza – przedstawia mnie szybko. Niepewnie unoszę kącik ust.
- Marek.
Ściskam jego dłoń. Jest duża i ciepła.
- Zrobiłbyś nam szybko dwa drinki?
- Pewnie. Jakie?
- Dla mnie na bazie wódki, słodkie. Dla Lizy…
- Coś słabego – wpadam jej w słowo. – I zielone, jeśli można.
Facet kiwa głową i odchodzi. Patrzę, jak błyskawicznie wszystko przygotowuje. Rudowłosy chłopak podchodzi do niego i coś mówi, Marek krótko zerka w naszą stronę. Potem jeszcze raz, unosi na chwilę brwi i wskazuje na coś głową. Nina przez moment marszczy brwi, następnie otwiera usta i potakuje ze zrozumieniem. Nie mam pojęcia, co się dzieje.
- Lisa, idę na moment – mówi, gdy przyjmujemy drinki.
- Co?! Gdzie?
- Do pokoju, do Piotrka. Potem ci go przedstawię – dodaje szybko, widząc moją zdezorientowaną minę. Cmoka mnie w policzek, uczepia się ręki Marka i znika w tłumie. Opieram się o półkę, sącząc drinka. Nawet niezły.
- My się chyba nie znamy?
Odwracam się szybko. Za mną, po przeciwnej stronie półki, stoi tamten rudowłosy chłopak. Uśmiecha się, pociąga łyk z czerwonego drinka. Lekko opuszczam głowę.
- Nie…
- Trzeba to zmienić. Szymon – wyciąga rękę. Ściskam ją.
- Liza – szepczę nieśmiało. – Mam na imię Liza.
- Jak?!
- Liza! – krzyczę, usiłując przekrzyczeć muzykę.
- Liza… - powtarza, znowu upija łyk. – Ładnie.
Znowu się uśmiecha, cudowny ma ten uśmiech. Trochę jak mały chłopiec. Inna sprawa, ż eon nie wygląda na więcej niż 18 lat. Chłopak wychodzi z kuchni i bierze mnie za rękę.
- Chodź.
Zaczyna ciągnąć mnie przez tłum. Sięgam mu nieco ponad ramię, wszelkie próby oporu są pozbawione sensu. Idę więc grzecznie za nim, uważając na drinka.
Szymon wprowadza mnie za półki, które odgradzają od salonu kawałek przestrzeni. Zauważam materac, książki, płyty i plakaty. Klitka spełnia pewnie rolę jego pokoju. O dziwo, tu nikogo nie ma.
- Zdrowie – chłopak stuka swoim kieliszkiem o mój i trochę wypija. Robię to samo. gdy odstawiam puste naczynie od ust, czuję w głowie cichy, przerywany szum. Alkohol, nawet w niewielkich ilościach, działa na mnie silnie i błyskawicznie. Zataczam się nieco, łapię ramię Szymona. Chłopak podtrzymuje mnie w talii, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna, drugą ręką muska mój policzek i przesuwa ją na pierś. Mogę jeszcze kojarzyć fakty na tyle, żeby wiedzieć że się do mnie dobiera. Strącam jego dłoń zbyt gwałtownie, zataczam się. Chłopak trzyma mnie mocniej, pochyla się i całuje mnie niespodziewanie, wsuwając rękę pod moją bluzkę. Po kilku sekundach, gdy szok moja, mocno go odpycham, tracę równowagę i lecę do tyłu. Łapię go za bluzkę, żeby mieć jakiś punkt oparcia, ale szarpnięcie jest tak silne, że oboje wpadamy na półkę, która chwieje się krótko, a potem, wpadłszy na kilka osób, ląduje na podłodze, na niej ja, a na mnie Szymon.
Ktoś pisnął, ktoś kogoś zawołał. Wokół nas szybko zbierają się ludzie. Szymon schodzi ze mnie i pomaga mi wstać. Podnoszę się wolno, pojękując. Cholernie boli mnie lędźwie. Przez tłum przeciska się blondyn, mocno ściskając okręcone wokół bioder prześcieradło. Za nim drobi Nina, przykrywając piersi drugim końcem tego samego materiału. Pieprzyła się z nim, przechodzi mi przez myśl. A mówiła, że już nie będzie.
Chłopak, widząc zwaloną na podłogę półkę czerwienieje i zaczyna coś wrzeszczeć. Wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, w jakimś twardym języku. Niemieckim chyba. Nic nie rozumiem. Widzę, jak podchodzi do niego Marek i uspokajająco głaszcze go po plecach i ramionach. Ktoś krzyczy:
- Koniec imprezy!
Mieszkanie pustoszeje w niesamowitym tempie przy akompaniamencie niezadowolonych pomruków. W ciągu kilkunastu sekund, z ok. 40, może 50 osób, zostaje nas piątka. Posyłam Ninie pytające spojrzenie, ale tylko wzrusza ramionami, zbierając osuwające się prześcieradło.
- Co cię napadło, do cholery?!
- Mnie? – krzyczy Szymon. – Mnie?! a kto tu przed chwilą zrobił tę całą szopkę?!
- Ja nie zwalam obcym ludziom półek na głowę!
- To był wypadek! A ty nie musiałeś od razu na mnie wrzeszczeć, pedale!
Nie rozumiem tego, co odpowiada blondyn (chyba nikt nie rozumie), ale zakładam, że nie można tego zaliczyć do słów uważanych powszechnie za ładne i pożądane. Szymon najwidoczniej też doszedł do takich wniosków, bo zdążył już przełożyć nogę do tyłu i zacisnąć pięść. Nina doskakuje do niego i powstrzymuje go, zanim chłopak prostuje rękę w łokciu. O prześcieradle zapomniała.
- Powariowaliście oboje! Uspokójcie się!
- Chodź. – Marek łapie blondyna za łokieć, podając Ninie jakiś T-shirt, a potem razem z blondynem znika w pokoju i zamyka drzwi.
Szymon strąca rękę Niny ze swojego przegubu i duszkiem wypija zawartość stojącej najbliżej butelki, mamrocze coś pod nosem. Panuje nieprzyjemna, ciężka atmosfera, nikt się nie odzywa. Nina niemrawo grzebie bosą stopą wśród rzeczy, które tworzą na dywanie malowniczą górkę.
- Trzeba by chyba tę nieszczęsną półkę podnieść, nie? – odzywa się chłopak po kilku minutach, patrząc na mebel beznamiętnie. Nina wygładza na sobie T-shirt podany przez Marka. Sięga jej przed kolana.
- Pomogę.
- Ja też – bełkoczę wbrew sobie; nadal jest mi niedobrze i kręci mi się w głowie, a kiedy wstaję mało co nie tracę równowagi.
- Ani mi się waż – oponuje Nina i sadza mnie na kanapie. – Siedź i staraj się nie czuć źle. Albo idź spać.
Nim zdążam zaprotestować, całkiem szybko podnoszą półkę i upychają na niej nieliczne rzeczy, które z niej pospadały. Przyglądam się im, czując że ogarnia mnie coraz większa senność. Strzępki ich rozmowy docierają do mnie jakby przez grubą taflę wody.
- …ecie spać?
- Tu… roblemu…
- …nie moje mieszkanie. Śpijcie gdzie…
Chwila ciszy. Potem słychać nieśmiały głos Niny.
- …nie zostawiać jej na kanapie…
- Pomóż mi.
Przed zaśnięciem czuję jak ktoś mnie podnosi i zamyka w mocnym uścisku. Ten ktoś mocno pachnie dezodorantem, deszczem i procentami. Moment później delikatnie zostaję położona na czymś miękkim. Zasypiam, gdy dostaję pocałunek w czoło.
Budzi mnie głośne chrapnięcie. Otwieram oczy i patrzę w kierunku z którego doszedł dźwięk. Zauważam obejmującego mnie Szymona. Wyplątuję się szybko z jego ramion i siadam. Czuję tępy ból w skroniach i pośrodku głowy.
- O żesz ty w dupę jebana…
Wstaję i podtrzymując się ścian i mebli wchodzę do drugiego pokoju, pogrążonego w półmroku. Cały jest w pustych butelkach i puszkach, po podłodze walają się opakowania po popcornie i chipsach, mnóstwo ubrań, na szafach i ścianach widać jakieś zacieki i rysunki, w niektórych miejscach odeszła farba i widać tynk. Idę dalej, klucząc między rozbitą żarówką, szkłem i gazetami. Dochodzę do materaca, przy którym leży kilka par spodni, kilka bluzek, bokserki, spódnica i stringi; spod kołdry wystaje jedna para nóg, ale kształt wskazuje na co najmniej dwie osoby. Odkrywam kołdrę i szeroko otwieram oczy.
Pośrodku leży nagi blondyn. Śpi z półotwartymi ustami, obejmując Marka i trzymając go za rękę. Drugim ramieniem przytula Ninę, która położyła głowę na jego torsie i wsunęła między jego kolana swoją nogę. Też jest naga, jej stanik leży na brzuchu Marka. Gdy mija pierwszy szok schylam się i potrząsam ją za ramię. Budzi się natychmiast.
- O co chodzi? – pyta, ziewając i przeciągając się. Przeciera twarz dłońmi.
- Ty mi powiedz!
- Co?
- Chcę wracać, zabierz mnie stąd.
Nina ziewa i wzdycha.
- Daj mi minutkę.
Wstaje. Zażenowana odwracam głowę, gdy się przebiera.
- Chcesz coś zjeść?
- Ale czy on…
- Nie, nie będzie zły – kręci głową i wciąga na gołe piersi czyjąś wielgachną bluzkę. – Chodź na śniadanie. Pogadamy.
Wstaję z szybko bijącym sercem. Znowu mi się śnił jakiś koszmar, chyba na serio powinienem przestać jedzenie po północy. Marek mruczy coś przez sen i chwilę się kręci. Delikatnie głaszczę go po głowie i odczepiam od siebie jego palce. Wstaję, wciągam na siebie bokserki i szeroko otwieram okno. Prawie nikogo nie ma, musi być bardzo wcześnie. Ziewam, przeciągam się i rozglądam po pokoju. Wszędzie jakieś puszki i butelki, kawałki jedzenia wgniecione w podłogę (miałem tyle rozumu, że zrolowałem dywan), zużyte prezerwatywy, czyjaś bielizna, pomazane ściany i szafa… Ein Ducheinander und Schweinestall. Czyli, mówiąc delikatnie, burdel i chlew. Solennie sobie przyrzekam, że w najbliższym tygodniu tu posprzątam. I kupię farbę. Pierwszy i ostatni raz zrobiłem imprezę u siebie.
Po kilku minutach szukania znajduję papierosy, po kilkunastu zapalniczkę. Zaciągam się długo – moje płuca domagały się nikotyny jak zawsze, kiedy poprzedniego dnia wypiłem większe ilości alkoholu. Niektórzy mają kaca, ja wypalam pół paczki. Jeśli miałbym wybierać, wolałbym kaca. Jest mniej kosztowny.
Wychodzę z pokoju do salonu, gdzie siedzi Nina. Jej obecność mnie nie dziwi, intrygująca jest ruda dziewczyna, popijająca z wielkiej filiżanki parującą, gorącą herbatę. Na stoliku przed nimi leżą talerze pełne okruszków.
- Już po śniadaniu? – pytam, podchodzę do Niny i całuję ją w policzek.
- Już. Nie pal.
Zaciągam się i idę do pokoju Szymona, wchodzę. Śpi na wznak z półotwartymi ustami, głośno pochrapując. Pochylam się nad nim i mocno go potrząsam.
- Hej! 10 jest! Wstawaj!
Nie reaguje zupełnie, nawet nie mruczy nic przez sen. Lekko biję go po twarzy. Budzi się momentalnie.
- Ocipiałeś?! – wrzeszczy i kopie mnie w łydkę. Ale wstaje.
Wychodzę z pokoju, zgniatam papierosa i zerkam na rudą. Siedzi na fotelu z podkulonymi nogami, uparcie wpatrzona w trzymaną w dłoniach filiżankę. Uśmiecham się do niej.
- My chyba nie mieliśmy okazji się poznać. – Wyciągam rękę. – Jestem Peter. Albo Piotrek.
Delikatnie ściska moją dłoń. Ma strasznie jasną, wręcz białą skórę i bardzo ładne, długie palce, paznokcie pomalowane na perłowy róż. Patrzę w jej intensywnie zielone oczy, zerkam na piegi i na łagodne, może trochę dziecięce rysy. Widać, że jest niska, ma pewnie niewiele ponad metr 50 wzrostu. Ma niebanalną urodę, jest naprawdę śliczna. Wygląda na 19, 20 lat, ale mogę się założyć, że jest starsza.
- Liza.
- Miło mi.
Dziewczyna spuszcza oczy, zaczyna wpatrywać się w filiżankę. Przyglądam się jej z ciekawością. Nina lekko kopie mnie w nogę.
- Przestań się na dziewczynę gapić. Masz – mówi, podając mi kanapkę, którą skądś nagle wytrzasnęła – zjedz coś. Nie można żyć samymi papierosami.
Biorę od niej bułkę, siadam obok niej na kanapie i kładę głowę na jej ramieniu. Zauważam, że Liza posyła jej ten rodzaj spojrzenia, które mówi: „Widzisz?”. Nina wzdycha.
- Już ci mówiłam, Liza.
- O czym? – interesuję się i gryzę bułkę.
- Nie mów!
- Dlaczego? – pyta Nina i nie zwracając uwagi na rozpaczliwe kręcenie głową rudej, odwraca się w moją stronę.
- Liza uważa, że jesteśmy parą.
- O. – Uśmiecham się i upijam trochę kawy z kubka Niny, patrząc z zaciekawieniem na dziewczynę. – A czemu?
- No… - piegowata wykręca palce, strzykając stawami. – Tak to wyglądało… Całowaliście się, spaliście razem… Nadzy… - Kiedy to mówi, jej uszy nabierają barwy głębokiej czerwieni. – Po prostu myślałam…
- Rozumiem – kiwam głową, wkładając do ust ostatni kęs bułki. – Ale my byliśmy, jesteśmy i będziemy tylko i wyłącznie przyjaciółmi. Kocham ją – cmokam Ninę w policzek – ale do wszelkiego erotyzmu raczej nam daleko.
- Ło Jezus Maria… - jęczy Szymon, który zdążył przyjść do salonu ze swojego pokoju i rozwalić się na drugim fotelu. Ziewa. – Porąbańcy, międzynarodowa ukraińsko-niemiecka propagana… 10 rano jest…
- I wy nigdy nie… - dopytuje Liza, nie zwracając uwagi na pieprzenie Szymona.
- Nigdy.
- Cześć – ziewa Marek, wchodząc do salonu i przeciąga się. Zerkam na jego długie nogi, umięśnione ramiona, nagi tors. Nieświadomie zwilżam usta i przygryzam dolną wargę w uśmiechu. – O, hej Liza.
- To wy się znacie? – pytam zdziwiony, wykręcając głowę w jego stronę.
- Znamy. Zazdrosny?
- Debil – mruczę z uśmiechem, przyciągam go do siebie i całuję go długo, na koniec lekko szczypię w wargę. Może rzeczywiście jestem trochę zazdrosny. Liza odwraca od nas wzrok; wydaje mi się, że jest trochę zażenowana i zdziwiona. Nina łapie moje spojrzenie.
- Ona po prostu nie wiedziała, że jesteście ze sobą.
- Nie wygadałaś jej jeszcze?
Dziewczyna bije mnie poduszką kilka razy, podnosząc się na kolana. Biorę drugą, niezdarnie zasłaniając się ramieniem. Mocno ściskam poduszkę i zaczynam okładać nią Ninę. Po kilku chwilach daję sobie spokój z poduszką i blokuję jej ręce, a potem zaczynam łaskotać dziewczynę w żebra i brzuch. Piszczy wysoko, skręca się i zaczyna chichotać.
- Nie! Przestań! Błagam, przestań!
Siadam na jej nogach i jeszcze bardziej ją łaskoczę. Wierzga nimi jak oszalała, na bank nabiła mi już kilka siniaków. W przerwach między jej chichotami i piskami słyszę westchnienie Marka.
- Jak dzieci. Zupełnie jak dzieci.
Podsumowanie:
- nigdy więcej imprez w Polsce
- nie pić więcej niż 50 ml alkoholu na raz (!)
- uważać na facetów
- starać się nie wylądować w łóżku w jakiejkolwiek sytuacji (jaka by ona nie była0
- nie dziwić się relacjom na linii Nina-Peter i Marek-Peter
Przygryzam ołówek i po namyśle dopisuję jeszcze jedno zdanie:
- nie dziwić się niczemu w tym kraju
- Banda cholernych popaprańców…
(by Feri/IMN)
I zapraszam na: http://someourgaystuff.tumblr.com/
Są tam zdjęcia, teksty, grafiki i inne pierdoły, które przypominają nam o naszych dzieciach :p
Ach taaak...
Znalazłam nową piosenkę dla Szymcia:
A tak by the way to niedługo, za parę dni następny rozdział. Tak praktycznie to jest już gotowy tylko końcówkę trzeba poprawić no i będą nowe postacie takie jak Balbina, Ilka i Jacuś i już po prostu kochamy te nasze pierdoły ukochane ^^
filmik się nie chciał wstawić więc tu jest link
Znalazłam nową piosenkę dla Szymcia:
Film został usunięty.
A tak by the way to niedługo, za parę dni następny rozdział. Tak praktycznie to jest już gotowy tylko końcówkę trzeba poprawić no i będą nowe postacie takie jak Balbina, Ilka i Jacuś i już po prostu kochamy te nasze pierdoły ukochane ^^
filmik się nie chciał wstawić więc tu jest link
Tagi:
glany nn nówki
...a ja rozleniwiam się jeszcze bardziej. Przepraszam, że tak rzadko się pojawiamy ^^'
Mam nadzieję, że rozdział zrekompensuje nieobecność
Grzesiek nie zadzwonił. Któregoś dnia Szymon mi powiedział, że on i Franka wszystko sobie wyjaśnili i znowu są parą. Nie, nie byłem zły. Przez chwilę poczułem tylko jakby uczucie żalu czy zazdrości. Byłem z nim w końcu blisko dwa tygodnie, przyzwyczaiłem się do niego.
Szybko mi przeszło.
- Ty jesteś nienormalny.
- Co jest w tym nienormalnego?
- Dopiero co rozstałeś się z tym całym Grześkiem, a teraz ni stąd ni zowąd chcesz, żeby wprowadził się do ciebie jakiś gość?
- Ja ciebie nie pytam o zgodę, tylko cię informuję.
- A rob co chcesz. I tak mnie nigdy nie słuchasz.
Stoimy obok siebie w drzwiach mojego pokoju w zupełnym milczeniu i patrzymy na przewalające się po podłodze ubrania, papiery, apaszki i długopisy. Zauważam nawet zużyte gumki i kajdanki. Za cholerę pojęcia nie mam skąd się tu wzięły. Nie sądziłem, że, mówiąc delikatnie, mam tu aż taki burdel. Chrząkam, drapię się w kark.
- Posprzątam. Kiedyś. Obiecuję.
- Daj sobie spokój. Nie jest najgorzej.
Unoszę brwi w powątpiewającym geście i wstawiam torbę Marka do pokoju.
- Postaw resztę obok. Chcesz do picia, jedzenia?
- Masz piwo?
- Mam – mówię i idę do kuchni. To doprawdy zastanawiające, że dla prawie wszystkich facetów podstawowym produktem, który musi koniecznie być w lodówce, jest właśnie piwo. Mogą nie jeść kilka dni, ale procenty muszą być zawsze.
Stawiam puszkę na stolik w salonie, siadam na kanapie i zapalam papierosa. Marek przychodzi po chwili, siada obok i kładzie mi głowę na ramieniu. Ogarniam go ramieniem, opieram policzek o jego głowę i zaczynam go głaskać. Siedzimy tak w ciszy…
…zupełnie sami. Nareszcie sami, tylko we dwoje. Opieram się o drzewo leniwie, ledwie trzymając nad dogasającym ogniskiem zwęglony kawałek kiełbasy na długim patyku. Robi się coraz chłodniej. Mocniej zaciskam rękę na dłoni Matta i szczelniej okręcam się kocem. Powoli zaczynam nie panować nad dzwoniącymi zębami. Nieważne. Jesteśmy razem, pod gwiazdami, ponad 200 km od Berlina i problemów, nic więcej się teraz nie liczy. Zanurzam nos w jasnym włosach Matta, wstrząsa mną dreszcz.
- Zimno ci?
Kiwam głową. Matt prostuje się, siada obok mnie i rozkłada nogi. Włażę między nie, przylegam plecami do jego torsu i brzucha, łapię za ręce. Przykrywa nas kocem, Przytule mnie do siebie, opierając policzek o tył mojej głowy. Nuci coś, kołysząc się w rytm melodii. Lubię go. Jego włosy, zapach, uśmiech, oczy. Jego głos. Lubię, że mówi to, co myśli, że nie używa wielkich słów.
- Lubię cię – szepcze kulawą polszczyzną.
Uśmiecham się. Marek w jednym aspekcie bardzo Matta przypomina – oboje się łaszą, oboje gdy tylko mają okazję się o mnie opierają, przy obu czuję się bezpieczny i potrzebny. Kochany.
Nie są w ogóle do siebie podobni. Matt – niewysoki, zielonoszare oczy, niemal białe włosy, był nieco podobny do albinosa. Potrafił świetnie kłamać, bajerował wszystkich. Lubił łowić ryby, chciał zostać perkusistą i na stałe wyjechać do Szwajcarii. Marek za to ma ponad 185 cm i wygląda jak Latynos – ma śliczne ciemnobrązowe oczy, ciemne kręcone włosy i prawie karmelową karnację. Śpiewa pod prysznicem włoskie ballady, świetnie całuje, ma wielkie, ciepłe dłonie. Jest kamerzystą. Podejrzewam, że o opuszczeniu kraju nigdy nie myślał.
Na pierwszy rzut oka zupełnie się od siebie różnią, jednak coś w Marku nieustannie i natarczywie przypomina mi o Matcie, rani, sprawia, że przypominam sobie to, o czym udało mi się zapomnieć – o uśmiechu, dołeczkach w policzkach, ruchu dłoni przy poprawianiu włosów, przechyleniu głowy przy całowaniu.
Matt uśmiecha się do mnie zza szybki w ramce na zdjęcie. Po policzku spływa mi łza.
- Co się stało?
- Nic.
Ocieram oczy ze złością i odwracam wzrok od fotografii, zaciskając usta. Marek łapie mnie za rękę, ściskam ją mocno. Potem prostuje się i przygarnia mnie do siebie. Przytulam go, zaciskając ręce na jego bluzce i zaczynam cicho płakać. Łzy ciurkiem lecą mi z oczu, wsiąkają w materiał. Upuszczam papierosa na dywan, dym wolno frunie w górę.
- Matt?
Wydaję z siebie potwierdzający pomruk. Powiedziałem mu o nim pierwszemu. Nikt inny z moich dotychczasowych facetów o Matcie nie słyszał. Zrozumiał. Nie pytał o nic. Teraz też nie pyta, siedzi razem ze mną w ciszy, która aż dzwoni w uszach. Pociągam nosem, wstaję i idę do kuchni. Duszkiem wypijam szklankę wody.
- Przepraszam.
- Nie masz za co. Rozumiem.
- Wiem.
Patrzę chwilę w okno. Jakby teraz wyglądał? Jaki by był? Zostałby perkusistą? Ile jeszcze byśmy ze sobą byli? Czy byłbym tym, kim jestem? Kurwiarzem, dziwkarzem?
Wypijam jeszcze jedną szklankę.
- To się nie powtórzy.
Nie chciało mi się robić kolacji, więc zabrałem go do restauracji. Było bardzo miło – cicho, spokojnie, prawie żadnych ludzi, jedzenie dobre. Rozmawialiśmy chwilę, pouśmiechaliśmy się do siebie, a kiedy mieliśmy się pocałować, pojawił się Szymon. Nie mam pojęcia, jak nas znalazł. Oczywiście się wprosił i, jak to określił, zrobił „wizję lokalną”. Na nieszczęście tym razem wypadła zadziwiająco dobrze (rudzielec z zasady nie cierpi moich facetów i znajomych), bo zanim zapłaciłem za kolację i wyszedłem na zewnątrz, oboje ze sobą rozmawiali. O piłce. Przez całą drogę do domu słuchałem, jak dyskutują o klubach, piłkarzach, sędziach i podobno jakiś cholernie ważnych meczach. Na koniec jeszcze się umówili. A mnie mało szlag nie trafił.
- Przestań.
Nie słucha mnie, dalej przesuwa nosem po mojej szyi i szczęce, od czasu do czasu otwierając usta i przejeżdżając po skórze wargami i zębami. Wzdycham, próbując dokończyć zdanie, które czytam po raz kolejny, bo niestety to, co Marek robi, sprawia mi przyjemnośc i rozprasza.
- Marek, przestań.
Mruczy przecząco, wyrywa mi z rąk gazetę i zaczyna całować mnie w usta, równocześnie wsadzając rękę pod kołdrę. Mruczę gardłowo, gdy czuję ją na swoim udzie. Przesuwam się w dół. Dlaczego ja się do cholery nigdy nie mogę postawić?! Marek klęka nade mną, mocniej masując moje krocze. Jest pierwszym facetem od co najmniej dwóch czy trzech lat, któremu pozwalam dominować i któremu oddaję się bez protestu.
- Co ci jest? – szepcze i całuje mnie po szyi.
- Nic.
- Wyglądałeś na obrażonego.– Wraca do ust, całuje delikatnie. Oddaję pocałunek, przygryzam jego wargę, wplątując palce w jego włosy. – O moją rozmowę z Szymonem chodzi?
Nie odpowiadam, całuję długo, przesuwając dłońmi po jego plecach i nagich pośladkach.
- Daj spokój, to przecież dzieć…
- Cicho, nie teraz.
Lekko wpijam palce w jego pośladki i całuję go, a potem delikatnie go przewracam i zmuszam do położenia się na plecach. Klękam między jego nogami i składam pojedyncze pocałunki na torsie i lekko owłosionym podbrzuszu.
- Nie dzisiaj… - jęczy, gdy kładę dłoń na jego penisie. – Błagam… Coś dużego się kroi w pracy, wyspany muszę być…
- Ja też.
- Piotrek…
Szczypię zębami skórę pod jego obojczykiem. Syczy cicho. Liżę zaczerwieniony punkt i miejsca dookoła niego, przejeżdżając po nim wilgotnymi wargami i krążąc wolną dłonią w okolicach podbrzusza i krocza Marka. Przesuwam się w dół, całuję skórę pod pępkiem porośniętą drobnymi, jasnymi włoskami i powoli schodzę jeszcze niżej.
- Ty chyba sobie żartujesz.
- Nie chcesz?
- Nie to, że nie chcę. Po prostu jutro musze być wysp…
Urywa i wzdycha głęboko, gdy przesuwam ustami po jego twardym penisie. Uśmiecham się do siebie i delikatnie go liżę, westchnienie przechodzi w pojękiwanie. Przesuwam językiem po całej długości. Słyszę jego przyspieszony oddech, czuję jak napina mięśnie. Szybko wracam na górę i rytmicznymi ruchami zaczynam ciągnąć jego penisa. Co chwila wyrywają mu się z ust głośne postękiwania, które tłumi częściowo całując mnie. Kilkanaście minut później czuję na dłoni przyjemną, chłodną wilgoć. Podnoszę rękę do ust i oblizuję ją, Marek oddycha głośno. Całuję go w nos i kładę się obok niego. Przeciągam się, odrzucam ręce za głowę i wzdycham głęboko zadowolony. Marek zarzuca przedramię na mój tors.
- Jutro powtarzamy.
Jęczy rozpaczliwie, wsadzając nos między moje ramię a szyję.
- Cicho. Też chcę wreszcie coś z tego mieć.
- Przecież masz, czego ty chcesz?
- Nie wiem – wzruszam ramionami, głaszcząc go po włosach. – Możesz mi zrobić tak, jak ja tobie przed chwilą. Albo przyjdź z pejczem. Albo szalikiem. Albo czapką.
- Boże najmilszy…
- O, wiem. Zrób mi loda pod prysznicem.
- Powiem ci, że pierwszy raz mam do czynienia facetem, który tak jasno określa swoje potrzeby.
Leżę chwilę w ciszy, nie przestając głaskać go po głowie. Nasłuchuję odgłosów zza okna – szczekania psów, miauczenia kotów, hałasów z Wisłostrady, krzyków pijaków, wysokiego dziewczęcego śmiechu. Gdy nie mam już siły utrzymać otwartych powiek, osuwam się nieco na dół i przylegam do Marka. Oplata mnie ramionami i opiera brodę na mojej głowie.
Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu zasypiam z kimś, kogo kocham.
– Idź może wcześniej dzisiaj, co?
- Daj spokój, Jarek – ziewam. – Zmęczony tylko trochę jestem.
- To ogarnij się w końcu i zacznij patrzeć pod nogi, bo jeśli jeszcze raz cos zbijesz, bo będziesz odkupywać za swoje – syczy, mało dyskretnie zamiatając szkło pod kasę. – Możesz być pewny, że będę wybierał te droższe zastawy.
- Nie mam pojęcia, dlaczego Polacy tak lubią na wszystko narzekać.
- Gdyby nie narzekanie i wódka, to w tym kraju byłby najwięcej procent popełnianych samobójstw.
- Co?
- Nic.
- A może jednak pójdę?
- Idź – zgadza się Jarek. – Tylko uważaj po drodze na szklane przedmioty.
Gdy wchodzę na Rynek jest jeszcze jasno. Wywołuje to u mnie dziwne poczcie wolności i ogromu czasu, jaki będę miał do dyspozycji – zazwyczaj kiedy wychodziłem z pracy już było ciemno. Dobry humor pryska kiedy uświadamiam sobie, że jeszcze jutro mam ostatni dzień sesji. Przeklinam pod nosem obiecując sobie, że za naukę wezmę się najpóźniej za godzinę.
No, najwyżej dwie.
Wchodzę na moją ulice i w tym samym momencie czuję ból na twarzy, a przed oczami wyskakują mi różnokolorowe plamy. Zataczam się, ale udaje mi się utrzymać równowagę.
- O kurwa…!
Otwieram oczy. Przed sobą zauważam piłkę do nogi i próbującego utrzymać powagę Szymona. Patrzę na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie masz gdzie grać?! – krzyczę zły, kopiąc do niego piłkę. – Znajdź sobie jakieś inne miejsce, z dala od porządnych ludzi!
- Porządnych… - parska chłopak i chichocze krótko. – Ale to nie ja.
- A kto?
- Ja – Marek unosi rękę i drapie się w głowę. – Przepraszam.
Mruczę coś pod nosem, mijam ich z przyłożoną do policzka ręką i podchodzę do kamienicy. W drzwiach odwracam się.
- Skombinujcie sobie jakieś żarcie i przyjdźcie najwcześniej za dwie godziny. Egzaminy jutro mam.
Z nadzieją zaglądam do kolejnego kubka, ale ten też jest pusty. Jęczę krótko i wracam do przeglądania notatek. Jutro ostatni dzień, dzięki sile wyższej. Niemieckie rzecz jasna olewam całkowicie, angielski trudny nie jest, literatura… O literaturze lepiej nie mówić. Niby coś wiem, ale znając moje szczęście na bank mnie o to nie zapytają. No nic. Najwyżej jakoś elegancko skieruję odpowiedź na temat, o którym mam jakiekolwiek pojęcie.
Odkładam notatki na stertę papierów leżącą na stole, przeciągam się i zamykam oczy. Starczy. Uczyłem się prawie dwie godziny, jak na moją zwyczajową długość czasu spędzonego nad książkami to i tak długo. Grunt to zaliczyć. Słyszę dźwięk otwieranych drzwi i ściąganej kurtki butów.
- Skończyłeś?
- Mhm.
Pochyla się nade mną i krótko mnie całuje. Oddaję pocałunek z uśmiechem.
- Szymon powiedział, że nocuje u kolegi.
Przyciągam go do siebie, unosząc skraj jego bluzki do góry. Rozumie. Zrzuca z siebie ubranie, chwilę potem kładzie się na mnie. przywieram ustami do jego warg, rozpinając mu suwak w spodniach i ściągam mu je w tym samym czasie, w którym on zdejmuje mi dresy. Kładzie dłoń na moim biodrze i wolno przesuwa ją na pośladek. Penis szybko mi twardnieje.
- Już?
- Jemu zawsze się podobasz.
- Tylko jemu?
- Głupi jesteś. Chcę cię. Chodź.
Kręci głową z uśmiechem i podnosi moją rękę. Całuje mnie tuż nad pachą i stopniowo schodzi coraz niżej. Gdy jest na wysokości talii wraca do klatki piersiowej i liże mnie po sutku. Wzdycham cicho, czuję krótkie, przyjemne łaskotanie w kroczu.
- Jeszcze raz.
Marek ponownie przejeżdża językiem po twardym sutku, zataczając nim małe kółka, przygryza lekko. Biorę głębokie wdechy, z trudem łapię powietrze. Nigdy bym nie przypuszczał, że taki drobny zabieg może aż tak podniecić. Kładę dłonie na pośladkach Marka i mocno je głaszczę, od czasu do czasu przesuwając koniuszkami palców od początku jego tyłka wzdłuż kręgosłupa. Opieram ręce o jego biodra, osuwam się nieco w dół i rozszerzam nogi, patrząc na niego znacząco. Przygryza wargę.
- Nie wiem, czy to… czy tu już…
- Nie pieprz, tylko wsadzaj.
Kładzie ręce na moich kolanach. Zaciskam pięści. Spokojnie, będzie dobrze, to przecież nie pierwsz…
Krzyczę głucho, wydaję z siebie coś podobnego do stęku, szybko oplatam go ramionami. Czuję go w sobie, każdy, nawet najmniejszy ruch. A może mi się zdaje?
- Przepraszam, ale… ciasno…
Jeszcze bardziej rozszerzam nogi i lekko unoszę biodra.
- Dobrze?
Kiwa głową i zaczyna poruszać biodrami rytmicznie. Fala bólu mija, zastąpiona przez przyjemność. Marek wplata dłonie w moje włosy, wtula głowę w moje ramię. Jego gorący oddech wywołuje na moim karku przyjemny dreszcz. Oddycham coraz płyciej, wpijam palce w jego plecy.
- Szybciej.
Przyspiesza z trudem. Z każdym jego ruchem z ust wyrywa mi się cichy jęk. Uśmiecham się nieświadomie, splątuję palce naszych dłoni. Przymykam oczy i spuszczam się. Marek dochodzi krótko po mnie z głośnym jękiem i opada na mnie ciężko. Przytulam go i całuję w głowę. W salonie słychać nasze szybkie, świszczące oddechy, czuje na swoim torsie jego opadającą i podnosząca się klatkę. Po chwili Marek podnosi się ze mnie z trudem i powoli wychodzi. Syczę cicho, kładzie się obok mnie i zaczyna całować mnie po szyi, odchylam głowę do tyłu mrucząc cicho i wplątuję palce w jego włosy, lekko masując mu kark. Zbliżam twarz do jego twarzy i bawiąc się jego palcami, lekko liżę jego górną wargę, muskam ją ustami. Marek całuje mnie po torsie, drażni moje sutki. Nie panuję już nad mimowolnymi skurczami mięśni ud, nad westchnieniami i jękami. Wzdycham cicho, gdy otacza mój sutek ustami i zaczyna ssać. Zaciskam palce na jego włosach, wyginam ciało w łuk. Podnosi głowę, ale ściągam ją z powrotem w dół.
- Nie przestawaj.
Rozszerza wargi, kładzie je tak, że sutek znajduje się pośrodku i liże go kilka razy, a potem wolno złącza na nim usta. Za drugim razem kiedy jego wargi się spotykają, gryzie go lekko i ssie na przemian. Jęczę, między nogami czuję wilgoć. Marek zaczyna ssać jeszcze mocniej, częściej liżąc skórę. Matko, cudownie. Zamykam oczy. zdecydowanie będzie mi musiał robić tak więcej.
- Starczy?
Kiwam głową, przygarniam go do siebie.
- Nie jesteś zmęczony?
- Jestem.
- Zaliczenie jutro masz, nie powinieneś…
- Chuj z nimi.
Potem leżymy chwilę, coś jemy, idziemy pod prysznic i kochamy się krótko. Palimy skręty u mnie w pokoju, dorzucamy jeszcze jakiś proch, śmiejemy się bez sensu. Chichoczemy, gdy ktoś łomocze w drzwi, zataczamy się po materacu. W końcu wpakowuję u się na nogi i ściskam między udami jego biodra. Uśmiecha się, przyciąga mnie do siebie.
Dalej nic.
***
Zaliczyłem wszystko.
Poszliśmy potem w kilka osób do najbliższego balu na piwo. W miarę upływu czasu pojawiało się coraz więcej znajomych, a tym samym coraz więcej okazji i pretekstów do zamówienia kolejnych kolejek i wznoszenia nowych toastów. Było coraz weselej, non stop gadaliśmy, nie pamiętam o czym. Urąbaliśmy się dosłownie wszyscy.
Pamiętam za to, że kiedy w końcu się wytoczyłem z baru było już późno, a do domu – w moim mniemaniu – strasznie daleko. Sam nie wiem jak znalazłem się w klubie. Posiedziałem tak chwilę i powolutku trzeźwiałem, a kiedy byłem już w stanie samodzielnie stać, podniosłem się od stolika i skierowałem się w stronę wyjścia. I wyszedłem, ale z głównej sali, i nie na dwór, tylko do toalet. Nie sam. Z kolegą z roku. Wiedziałem o nim tylko tyle, że ma na imię Maciek i bardzo miła dziewczynę.
Pamiętam, że podczas seksu o czymś gadaliśmy. Pamiętam, że się zgodziłem. Nie pamiętałem na co.
Dowiedziałem się następnego dnia.
(by Feri)
Mam nadzieję, że rozdział zrekompensuje nieobecność
-5-
Grzesiek nie zadzwonił. Któregoś dnia Szymon mi powiedział, że on i Franka wszystko sobie wyjaśnili i znowu są parą. Nie, nie byłem zły. Przez chwilę poczułem tylko jakby uczucie żalu czy zazdrości. Byłem z nim w końcu blisko dwa tygodnie, przyzwyczaiłem się do niego.
Szybko mi przeszło.
- Ty jesteś nienormalny.
- Co jest w tym nienormalnego?
- Dopiero co rozstałeś się z tym całym Grześkiem, a teraz ni stąd ni zowąd chcesz, żeby wprowadził się do ciebie jakiś gość?
- Ja ciebie nie pytam o zgodę, tylko cię informuję.
- A rob co chcesz. I tak mnie nigdy nie słuchasz.
Stoimy obok siebie w drzwiach mojego pokoju w zupełnym milczeniu i patrzymy na przewalające się po podłodze ubrania, papiery, apaszki i długopisy. Zauważam nawet zużyte gumki i kajdanki. Za cholerę pojęcia nie mam skąd się tu wzięły. Nie sądziłem, że, mówiąc delikatnie, mam tu aż taki burdel. Chrząkam, drapię się w kark.
- Posprzątam. Kiedyś. Obiecuję.
- Daj sobie spokój. Nie jest najgorzej.
Unoszę brwi w powątpiewającym geście i wstawiam torbę Marka do pokoju.
- Postaw resztę obok. Chcesz do picia, jedzenia?
- Masz piwo?
- Mam – mówię i idę do kuchni. To doprawdy zastanawiające, że dla prawie wszystkich facetów podstawowym produktem, który musi koniecznie być w lodówce, jest właśnie piwo. Mogą nie jeść kilka dni, ale procenty muszą być zawsze.
Stawiam puszkę na stolik w salonie, siadam na kanapie i zapalam papierosa. Marek przychodzi po chwili, siada obok i kładzie mi głowę na ramieniu. Ogarniam go ramieniem, opieram policzek o jego głowę i zaczynam go głaskać. Siedzimy tak w ciszy…
…zupełnie sami. Nareszcie sami, tylko we dwoje. Opieram się o drzewo leniwie, ledwie trzymając nad dogasającym ogniskiem zwęglony kawałek kiełbasy na długim patyku. Robi się coraz chłodniej. Mocniej zaciskam rękę na dłoni Matta i szczelniej okręcam się kocem. Powoli zaczynam nie panować nad dzwoniącymi zębami. Nieważne. Jesteśmy razem, pod gwiazdami, ponad 200 km od Berlina i problemów, nic więcej się teraz nie liczy. Zanurzam nos w jasnym włosach Matta, wstrząsa mną dreszcz.
- Zimno ci?
Kiwam głową. Matt prostuje się, siada obok mnie i rozkłada nogi. Włażę między nie, przylegam plecami do jego torsu i brzucha, łapię za ręce. Przykrywa nas kocem, Przytule mnie do siebie, opierając policzek o tył mojej głowy. Nuci coś, kołysząc się w rytm melodii. Lubię go. Jego włosy, zapach, uśmiech, oczy. Jego głos. Lubię, że mówi to, co myśli, że nie używa wielkich słów.
- Lubię cię – szepcze kulawą polszczyzną.
Uśmiecham się. Marek w jednym aspekcie bardzo Matta przypomina – oboje się łaszą, oboje gdy tylko mają okazję się o mnie opierają, przy obu czuję się bezpieczny i potrzebny. Kochany.
Nie są w ogóle do siebie podobni. Matt – niewysoki, zielonoszare oczy, niemal białe włosy, był nieco podobny do albinosa. Potrafił świetnie kłamać, bajerował wszystkich. Lubił łowić ryby, chciał zostać perkusistą i na stałe wyjechać do Szwajcarii. Marek za to ma ponad 185 cm i wygląda jak Latynos – ma śliczne ciemnobrązowe oczy, ciemne kręcone włosy i prawie karmelową karnację. Śpiewa pod prysznicem włoskie ballady, świetnie całuje, ma wielkie, ciepłe dłonie. Jest kamerzystą. Podejrzewam, że o opuszczeniu kraju nigdy nie myślał.
Na pierwszy rzut oka zupełnie się od siebie różnią, jednak coś w Marku nieustannie i natarczywie przypomina mi o Matcie, rani, sprawia, że przypominam sobie to, o czym udało mi się zapomnieć – o uśmiechu, dołeczkach w policzkach, ruchu dłoni przy poprawianiu włosów, przechyleniu głowy przy całowaniu.
Matt uśmiecha się do mnie zza szybki w ramce na zdjęcie. Po policzku spływa mi łza.
- Co się stało?
- Nic.
Ocieram oczy ze złością i odwracam wzrok od fotografii, zaciskając usta. Marek łapie mnie za rękę, ściskam ją mocno. Potem prostuje się i przygarnia mnie do siebie. Przytulam go, zaciskając ręce na jego bluzce i zaczynam cicho płakać. Łzy ciurkiem lecą mi z oczu, wsiąkają w materiał. Upuszczam papierosa na dywan, dym wolno frunie w górę.
- Matt?
Wydaję z siebie potwierdzający pomruk. Powiedziałem mu o nim pierwszemu. Nikt inny z moich dotychczasowych facetów o Matcie nie słyszał. Zrozumiał. Nie pytał o nic. Teraz też nie pyta, siedzi razem ze mną w ciszy, która aż dzwoni w uszach. Pociągam nosem, wstaję i idę do kuchni. Duszkiem wypijam szklankę wody.
- Przepraszam.
- Nie masz za co. Rozumiem.
- Wiem.
Patrzę chwilę w okno. Jakby teraz wyglądał? Jaki by był? Zostałby perkusistą? Ile jeszcze byśmy ze sobą byli? Czy byłbym tym, kim jestem? Kurwiarzem, dziwkarzem?
Wypijam jeszcze jedną szklankę.
- To się nie powtórzy.
Nie chciało mi się robić kolacji, więc zabrałem go do restauracji. Było bardzo miło – cicho, spokojnie, prawie żadnych ludzi, jedzenie dobre. Rozmawialiśmy chwilę, pouśmiechaliśmy się do siebie, a kiedy mieliśmy się pocałować, pojawił się Szymon. Nie mam pojęcia, jak nas znalazł. Oczywiście się wprosił i, jak to określił, zrobił „wizję lokalną”. Na nieszczęście tym razem wypadła zadziwiająco dobrze (rudzielec z zasady nie cierpi moich facetów i znajomych), bo zanim zapłaciłem za kolację i wyszedłem na zewnątrz, oboje ze sobą rozmawiali. O piłce. Przez całą drogę do domu słuchałem, jak dyskutują o klubach, piłkarzach, sędziach i podobno jakiś cholernie ważnych meczach. Na koniec jeszcze się umówili. A mnie mało szlag nie trafił.
- Przestań.
Nie słucha mnie, dalej przesuwa nosem po mojej szyi i szczęce, od czasu do czasu otwierając usta i przejeżdżając po skórze wargami i zębami. Wzdycham, próbując dokończyć zdanie, które czytam po raz kolejny, bo niestety to, co Marek robi, sprawia mi przyjemnośc i rozprasza.
- Marek, przestań.
Mruczy przecząco, wyrywa mi z rąk gazetę i zaczyna całować mnie w usta, równocześnie wsadzając rękę pod kołdrę. Mruczę gardłowo, gdy czuję ją na swoim udzie. Przesuwam się w dół. Dlaczego ja się do cholery nigdy nie mogę postawić?! Marek klęka nade mną, mocniej masując moje krocze. Jest pierwszym facetem od co najmniej dwóch czy trzech lat, któremu pozwalam dominować i któremu oddaję się bez protestu.
- Co ci jest? – szepcze i całuje mnie po szyi.
- Nic.
- Wyglądałeś na obrażonego.– Wraca do ust, całuje delikatnie. Oddaję pocałunek, przygryzam jego wargę, wplątując palce w jego włosy. – O moją rozmowę z Szymonem chodzi?
Nie odpowiadam, całuję długo, przesuwając dłońmi po jego plecach i nagich pośladkach.
- Daj spokój, to przecież dzieć…
- Cicho, nie teraz.
Lekko wpijam palce w jego pośladki i całuję go, a potem delikatnie go przewracam i zmuszam do położenia się na plecach. Klękam między jego nogami i składam pojedyncze pocałunki na torsie i lekko owłosionym podbrzuszu.
- Nie dzisiaj… - jęczy, gdy kładę dłoń na jego penisie. – Błagam… Coś dużego się kroi w pracy, wyspany muszę być…
- Ja też.
- Piotrek…
Szczypię zębami skórę pod jego obojczykiem. Syczy cicho. Liżę zaczerwieniony punkt i miejsca dookoła niego, przejeżdżając po nim wilgotnymi wargami i krążąc wolną dłonią w okolicach podbrzusza i krocza Marka. Przesuwam się w dół, całuję skórę pod pępkiem porośniętą drobnymi, jasnymi włoskami i powoli schodzę jeszcze niżej.
- Ty chyba sobie żartujesz.
- Nie chcesz?
- Nie to, że nie chcę. Po prostu jutro musze być wysp…
Urywa i wzdycha głęboko, gdy przesuwam ustami po jego twardym penisie. Uśmiecham się do siebie i delikatnie go liżę, westchnienie przechodzi w pojękiwanie. Przesuwam językiem po całej długości. Słyszę jego przyspieszony oddech, czuję jak napina mięśnie. Szybko wracam na górę i rytmicznymi ruchami zaczynam ciągnąć jego penisa. Co chwila wyrywają mu się z ust głośne postękiwania, które tłumi częściowo całując mnie. Kilkanaście minut później czuję na dłoni przyjemną, chłodną wilgoć. Podnoszę rękę do ust i oblizuję ją, Marek oddycha głośno. Całuję go w nos i kładę się obok niego. Przeciągam się, odrzucam ręce za głowę i wzdycham głęboko zadowolony. Marek zarzuca przedramię na mój tors.
- Jutro powtarzamy.
Jęczy rozpaczliwie, wsadzając nos między moje ramię a szyję.
- Cicho. Też chcę wreszcie coś z tego mieć.
- Przecież masz, czego ty chcesz?
- Nie wiem – wzruszam ramionami, głaszcząc go po włosach. – Możesz mi zrobić tak, jak ja tobie przed chwilą. Albo przyjdź z pejczem. Albo szalikiem. Albo czapką.
- Boże najmilszy…
- O, wiem. Zrób mi loda pod prysznicem.
- Powiem ci, że pierwszy raz mam do czynienia facetem, który tak jasno określa swoje potrzeby.
Leżę chwilę w ciszy, nie przestając głaskać go po głowie. Nasłuchuję odgłosów zza okna – szczekania psów, miauczenia kotów, hałasów z Wisłostrady, krzyków pijaków, wysokiego dziewczęcego śmiechu. Gdy nie mam już siły utrzymać otwartych powiek, osuwam się nieco na dół i przylegam do Marka. Oplata mnie ramionami i opiera brodę na mojej głowie.
Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu zasypiam z kimś, kogo kocham.
– Idź może wcześniej dzisiaj, co?
- Daj spokój, Jarek – ziewam. – Zmęczony tylko trochę jestem.
- To ogarnij się w końcu i zacznij patrzeć pod nogi, bo jeśli jeszcze raz cos zbijesz, bo będziesz odkupywać za swoje – syczy, mało dyskretnie zamiatając szkło pod kasę. – Możesz być pewny, że będę wybierał te droższe zastawy.
- Nie mam pojęcia, dlaczego Polacy tak lubią na wszystko narzekać.
- Gdyby nie narzekanie i wódka, to w tym kraju byłby najwięcej procent popełnianych samobójstw.
- Co?
- Nic.
- A może jednak pójdę?
- Idź – zgadza się Jarek. – Tylko uważaj po drodze na szklane przedmioty.
Gdy wchodzę na Rynek jest jeszcze jasno. Wywołuje to u mnie dziwne poczcie wolności i ogromu czasu, jaki będę miał do dyspozycji – zazwyczaj kiedy wychodziłem z pracy już było ciemno. Dobry humor pryska kiedy uświadamiam sobie, że jeszcze jutro mam ostatni dzień sesji. Przeklinam pod nosem obiecując sobie, że za naukę wezmę się najpóźniej za godzinę.
No, najwyżej dwie.
Wchodzę na moją ulice i w tym samym momencie czuję ból na twarzy, a przed oczami wyskakują mi różnokolorowe plamy. Zataczam się, ale udaje mi się utrzymać równowagę.
- O kurwa…!
Otwieram oczy. Przed sobą zauważam piłkę do nogi i próbującego utrzymać powagę Szymona. Patrzę na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie masz gdzie grać?! – krzyczę zły, kopiąc do niego piłkę. – Znajdź sobie jakieś inne miejsce, z dala od porządnych ludzi!
- Porządnych… - parska chłopak i chichocze krótko. – Ale to nie ja.
- A kto?
- Ja – Marek unosi rękę i drapie się w głowę. – Przepraszam.
Mruczę coś pod nosem, mijam ich z przyłożoną do policzka ręką i podchodzę do kamienicy. W drzwiach odwracam się.
- Skombinujcie sobie jakieś żarcie i przyjdźcie najwcześniej za dwie godziny. Egzaminy jutro mam.
Z nadzieją zaglądam do kolejnego kubka, ale ten też jest pusty. Jęczę krótko i wracam do przeglądania notatek. Jutro ostatni dzień, dzięki sile wyższej. Niemieckie rzecz jasna olewam całkowicie, angielski trudny nie jest, literatura… O literaturze lepiej nie mówić. Niby coś wiem, ale znając moje szczęście na bank mnie o to nie zapytają. No nic. Najwyżej jakoś elegancko skieruję odpowiedź na temat, o którym mam jakiekolwiek pojęcie.
Odkładam notatki na stertę papierów leżącą na stole, przeciągam się i zamykam oczy. Starczy. Uczyłem się prawie dwie godziny, jak na moją zwyczajową długość czasu spędzonego nad książkami to i tak długo. Grunt to zaliczyć. Słyszę dźwięk otwieranych drzwi i ściąganej kurtki butów.
- Skończyłeś?
- Mhm.
Pochyla się nade mną i krótko mnie całuje. Oddaję pocałunek z uśmiechem.
- Szymon powiedział, że nocuje u kolegi.
Przyciągam go do siebie, unosząc skraj jego bluzki do góry. Rozumie. Zrzuca z siebie ubranie, chwilę potem kładzie się na mnie. przywieram ustami do jego warg, rozpinając mu suwak w spodniach i ściągam mu je w tym samym czasie, w którym on zdejmuje mi dresy. Kładzie dłoń na moim biodrze i wolno przesuwa ją na pośladek. Penis szybko mi twardnieje.
- Już?
- Jemu zawsze się podobasz.
- Tylko jemu?
- Głupi jesteś. Chcę cię. Chodź.
Kręci głową z uśmiechem i podnosi moją rękę. Całuje mnie tuż nad pachą i stopniowo schodzi coraz niżej. Gdy jest na wysokości talii wraca do klatki piersiowej i liże mnie po sutku. Wzdycham cicho, czuję krótkie, przyjemne łaskotanie w kroczu.
- Jeszcze raz.
Marek ponownie przejeżdża językiem po twardym sutku, zataczając nim małe kółka, przygryza lekko. Biorę głębokie wdechy, z trudem łapię powietrze. Nigdy bym nie przypuszczał, że taki drobny zabieg może aż tak podniecić. Kładę dłonie na pośladkach Marka i mocno je głaszczę, od czasu do czasu przesuwając koniuszkami palców od początku jego tyłka wzdłuż kręgosłupa. Opieram ręce o jego biodra, osuwam się nieco w dół i rozszerzam nogi, patrząc na niego znacząco. Przygryza wargę.
- Nie wiem, czy to… czy tu już…
- Nie pieprz, tylko wsadzaj.
Kładzie ręce na moich kolanach. Zaciskam pięści. Spokojnie, będzie dobrze, to przecież nie pierwsz…
Krzyczę głucho, wydaję z siebie coś podobnego do stęku, szybko oplatam go ramionami. Czuję go w sobie, każdy, nawet najmniejszy ruch. A może mi się zdaje?
- Przepraszam, ale… ciasno…
Jeszcze bardziej rozszerzam nogi i lekko unoszę biodra.
- Dobrze?
Kiwa głową i zaczyna poruszać biodrami rytmicznie. Fala bólu mija, zastąpiona przez przyjemność. Marek wplata dłonie w moje włosy, wtula głowę w moje ramię. Jego gorący oddech wywołuje na moim karku przyjemny dreszcz. Oddycham coraz płyciej, wpijam palce w jego plecy.
- Szybciej.
Przyspiesza z trudem. Z każdym jego ruchem z ust wyrywa mi się cichy jęk. Uśmiecham się nieświadomie, splątuję palce naszych dłoni. Przymykam oczy i spuszczam się. Marek dochodzi krótko po mnie z głośnym jękiem i opada na mnie ciężko. Przytulam go i całuję w głowę. W salonie słychać nasze szybkie, świszczące oddechy, czuje na swoim torsie jego opadającą i podnosząca się klatkę. Po chwili Marek podnosi się ze mnie z trudem i powoli wychodzi. Syczę cicho, kładzie się obok mnie i zaczyna całować mnie po szyi, odchylam głowę do tyłu mrucząc cicho i wplątuję palce w jego włosy, lekko masując mu kark. Zbliżam twarz do jego twarzy i bawiąc się jego palcami, lekko liżę jego górną wargę, muskam ją ustami. Marek całuje mnie po torsie, drażni moje sutki. Nie panuję już nad mimowolnymi skurczami mięśni ud, nad westchnieniami i jękami. Wzdycham cicho, gdy otacza mój sutek ustami i zaczyna ssać. Zaciskam palce na jego włosach, wyginam ciało w łuk. Podnosi głowę, ale ściągam ją z powrotem w dół.
- Nie przestawaj.
Rozszerza wargi, kładzie je tak, że sutek znajduje się pośrodku i liże go kilka razy, a potem wolno złącza na nim usta. Za drugim razem kiedy jego wargi się spotykają, gryzie go lekko i ssie na przemian. Jęczę, między nogami czuję wilgoć. Marek zaczyna ssać jeszcze mocniej, częściej liżąc skórę. Matko, cudownie. Zamykam oczy. zdecydowanie będzie mi musiał robić tak więcej.
- Starczy?
Kiwam głową, przygarniam go do siebie.
- Nie jesteś zmęczony?
- Jestem.
- Zaliczenie jutro masz, nie powinieneś…
- Chuj z nimi.
Potem leżymy chwilę, coś jemy, idziemy pod prysznic i kochamy się krótko. Palimy skręty u mnie w pokoju, dorzucamy jeszcze jakiś proch, śmiejemy się bez sensu. Chichoczemy, gdy ktoś łomocze w drzwi, zataczamy się po materacu. W końcu wpakowuję u się na nogi i ściskam między udami jego biodra. Uśmiecha się, przyciąga mnie do siebie.
Dalej nic.
***
Zaliczyłem wszystko.
Poszliśmy potem w kilka osób do najbliższego balu na piwo. W miarę upływu czasu pojawiało się coraz więcej znajomych, a tym samym coraz więcej okazji i pretekstów do zamówienia kolejnych kolejek i wznoszenia nowych toastów. Było coraz weselej, non stop gadaliśmy, nie pamiętam o czym. Urąbaliśmy się dosłownie wszyscy.
Pamiętam za to, że kiedy w końcu się wytoczyłem z baru było już późno, a do domu – w moim mniemaniu – strasznie daleko. Sam nie wiem jak znalazłem się w klubie. Posiedziałem tak chwilę i powolutku trzeźwiałem, a kiedy byłem już w stanie samodzielnie stać, podniosłem się od stolika i skierowałem się w stronę wyjścia. I wyszedłem, ale z głównej sali, i nie na dwór, tylko do toalet. Nie sam. Z kolegą z roku. Wiedziałem o nim tylko tyle, że ma na imię Maciek i bardzo miła dziewczynę.
Pamiętam, że podczas seksu o czymś gadaliśmy. Pamiętam, że się zgodziłem. Nie pamiętałem na co.
Dowiedziałem się następnego dnia.
(by Feri)
...ale teraz wracamy! :)
Zamieram nagle z palcami leżącymi na rozporku chłopaka, który siedzi mi na kolanach i odrywam się od jego warg.
- Co jest?
- Ubieraj się.
- Co?
Uśmiecham się, podnosząc jego bluzkę z brudnej podłogi.
- Ubieraj się – powtarzam i delikatnie ściągam go ze swoich kolan. – Nie będziemy się gnieść w kiblu. Idziemy do mnie.
- Mieszkasz z kimś?
- Owszem – odpowiadam i podtrzymuję chłopaka, który traci równowagę na starych schodach. – Uważaj.
- Uważam. Możesz mnie już puścić.
Doganiam go, mocniej przytrzymuję w pasie i zmuszam do tego, żeby oparł się o poręcz. Nachylam się nad nim.
- Und was, wenn ich will nicht? – szepczę i przygryzam płatek jego ucha. Chłopak chowa nos w szaliku, uśmiecha się lekko.
- Co to znaczy?
Całuję go krótko i biorę go za rękę, ciągnąc za sobą na górę. Szybko znajduję klucze w kieszeni, otwieram drzwi, niemal wpycham chłopaka do środka i przypieram do ściany. Wpijam się w jego wargi, zdzieram z niego szalik i kurtkę. Jedną dłoń kładę na jego pośladku, drugą wsadzam pod bluzkę. Czuję pod palcami jego gładką, ciepłą skórę.
- Piot… rek…
- Hm?
- Słyszysz?
Wyjmuję rękę spod jego bluzki, nasłuchuję. Po chwili słyszę urywane ciche jęki.
Składając propozycję nie wziąłem pod uwagę najważniejszej rzeczy. Gdy wychodziłem z domu, Szymon ciągle jeszcze był na koncercie. Naiwnie założyłem, że prześpi się u jakiegoś kolegi, znajomej, w motelu, czy jakimkolwiek innym miejscu, a ja do około 9 będę miał wolne mieszkanie. Ale Szymonowi zachciało się wrócić wcześniej. I do tego nie samemu.
Uśmiecham się z rozbawieniem i przykładam palec do ust. Na palcach podchodzę do ścianki i zaglądam do pokoju Szymona. Gdy po kilku sekundach oczy przyzwyczajają mi się do ciemności, parskam i powstrzymując się od śmiechu, gestem dłoni przywołuję do siebie Grześka. Marszczy brwi i posyła mi pytające spojrzenie, ale podchodzi. Przyciągam go do siebie.
- Patrz – szepczę.
Grzesiek posłusznie zerka na pokój Szymona i na to, co się w nim dzieje. A sądząc po dźwiękach, odgłosach i widocznych ruchach dwóch ciał, dzieje się całkiem sporo. Udaje mi się zauważyć zarys dziewczęcych ud i piersi. Kręcę głową z uśmiechem – nie sądziłem, że którąś przyprowadzi. Podskakuję, gdy słyszę wysoki, cienki jęk i z trudem wykrzyczane imię. Dobry Panie, przez coś takiego można zejść na zawał.
- Napatrzyłeś się już? – szepczę, przyciskając usta do szyi Grześka i kładąc dłoń na jego pasie. – Chodź na kanap…
Zagłusza mnie głośny pisk. Krzywię się krótko, czuję jak dzwoni mi w uszach. Ta dziewczyna stanowczo ma coś nie tak ze strunami głosowymi, normalny człowiek nie dałby rady wytworzyć takich dźwięków. Szymon najpierw o coś ją pyta, potem przekręca głowę w moją stronę i też wrzeszczy.
- Piotrek?!
Macham do niego i z rozbawieniem obserwuję, jak w pośpiechu naciąga na siebie spodnie, przeklinając pod nosem.
- To jest właśnie ta osoba z którą mieszkam. Szymon – mówię cicho, nachyliwszy się nad uchem Grześka. Skubię go w ucho zębami. – Chodź. Niech się ogarną.
- Ja ich chyba skądś kojarzę… - mówi chłopak i przygryza wargę, gdy prowadzę go za sobą do swojego pokoju. Prycham cicho.
- Wątpię.
- Nie, serio – Grzesiek odwraca na krótko głowę. – Ze szkoły? Gimnazjum chyb…
Przyciskam go do ściany, opieram o nią rękę i namiętnie całuję go w usta. Stęka cicho, przyciska mnie do siebie i zarzuca mi ręce na szyję. Łapię go w pasie, przylegam do niego biodrami. Uśmiecham się lekko, czując na swoim udzie jego penisa.
- Chcę ciebie – szepczę mu do ucha i całuję w szyję. – Całego.
- Chodź… chodźmy do pokoju…
- Nie. – Wpijam mu się w usta, napierając na niego. – Chcę ciebie tu. Tu i teraz.
Uśmiecha się lekko, słodko, rumieni się niemal po dziewczęcemu i delikatnie ujmuje moją twarz w swoje dłonie. Nie całuje. Przeszkodził mu krzyk.
- O kurwa. O ja pierdolę. Zaraz się zarzygam – głos dziewczyny. Wzdycham z irytacją i przeklinam pod nosem, równocześnie modląc się o cierpliwość. – Szymon, gdzie łazienka?
- Obok nich.
Dziewczyna wydaje z siebie długi, cierpiętniczy jęk, jakby ktoś podstawił jej pod nos talerz pełen małych, wijących się larw. Nie cierpię takich ludzi. Grzesiek patrzy ponad moim ramieniem i otwiera oczy w niemym przerażeniu, rozchyla usta. Patrzę na niego zdziwiony, marszcząc brwi.
- Franka?!
Zerkam na Szymona i dziewczynę, patrzę na rudego pytająco. Wytrzeszcza oczy i potrząsa głowa, wzruszając ramionami. Dziewczyna szczelniej owija się prześcieradłem, przyciskając do piersi rękę, przebiera chwilę nogami.
- Grzesiek? – bełkocze cienkim głosem.
- Grzesiek! – potwierdza zdenerwowanym głosem, wczepiony w moje ramię. – Wiedziałem, że skądś znam ten głos! Teraz nareszcie wiem gdzie łazisz, kiedy nie możesz się ze mną spotkać!
- Gówno wiesz! – odwrzaskuje Franka. Opadające prześcieradło odsłania ładne, krągłe ramię z licznymi pieprzykami. – To jest… było jednorazowe!
- Czyli było ich więcej, tak?!
- Pijany byłem – usprawiedliwia się Szymon ruchem warg. Parskam gardłowo, uśmiechając się kącikiem ust.
- …nie lepszy! – słyszę krzyk Franki. – W szkole się ze mną całujesz, przytulasz, chodzimy za rękę, po południu też w porządku, ale na noc i w weekendy ciągle gdzieś znikasz! Obłapiać się z facetami! Do tego niezbyt przystojnymi!
- Odpieprz się od nich – mówi Szymon, łapiąc ją w talii.
- Właśnie! Nic ci do tego, z kim się obmacuję!
- Och, czyżby? Wyobraź sobie, że bycie czyimś chłopakiem do czegoś zobowiązuje!
- Tak samo jak bycie czyjąś dziewczyną.
Franka zaciska usta, ściska w dłoniach prześcieradło. Nawet przez wątłe światło latarni wpadające przez okno można zauważyć, że jest zaczerwieniona.
- Pedał!
- Dziwka!
- Sukinsyn!
- Szmata!
- Skończyliście, czy chcecie sobie coś jeszcze wytłumaczyć? – pyta Szymon, zerkając na zmianę na Franke i Grześka. – Bo jeśli nie, to znajdzie się jakiś ustronne miejsce, gdzie będziecie mogli sobie w spokoju podyskutować.
Żadne z nich się nie odzywa. Po kilku chwilach dziewczyna pociąga nosem i znika w pokoju Szymona, chłopak idzie za nią. Gdy tracę ich z oczu ciągnę Grześka za sobą, wchodzimy do mojego pokoju, kładę go na materacu. Klękam nad nim opierając ręce po bokach jego głowy. Całuję go, podwijając jego bluzkę. Kładzie mi dłoń na mojej ręce.
- Nie teraz.
- Jak chcesz.
Szybko ściągam bluzkę i kładę się obok niego na materacu, przylegając do jego pleców i wkładam rękę pod materiał jego bluzki. Opieram dłoń jego brzuchu, głaszczę delikatnie, wsuwając wolne ramię pod jego głowę.
- Zły jesteś? – odzywa się po chwili.
- Nie, dlaczego?
Wzrusza ramionami.
- Bo zawsze jak gdzieś poszliśmy to potem się… wiesz… Myślałem…
- Głupi jesteś, jeśli myślisz że spotykam się z tobą tylko dla seksu. – Ale niestety cholernie bliski prawdy, dodaję w myślach. Całuję go w ucho i szyję. – Czemu ci jest tak smutno?
- Nie wiem.
- Chodź.
Grzesiek niepewnie odwraca się przodem do mnie. Kładę się na plecach, chłopak przewraca się na bok, kładzie głowę na moim ramieniu tuz przy torsie i przytula się do mnie. Przeczesuję palcami jego włosy wpatrując się w sufit. Słyszę dobiegające z pokoju Szymona głośne jęki i krzyki. Zerkam na Grześka – płacze. Łzy wolno ściekają mu po policzkach, tworząc na nich wilgotne tunele, które w bladym świetle latarni wyglądają nieco upiornie. Nie zadaje sobie trudu, żeby wytrzeć oczy. Robię to za niego.
- Ja… mogę to wytłumaczyć – odzywa się cicho po kilku minutach. Milczę.
Wzdycha i przylega do mnie mocniej niż wcześniej, wczepia się, zaciska pięść. Uspokajająco przykrywam jego dłoń swoją ręką i przygarniam go do siebie.
- Przepraszam – szepcze nagle Grzesiek i zarzuca nogę na moje udo. Zginam kolano, żeby jego stopa mogła wygodnie opaść.
- Nie masz za co.
- Spójrz na mnie.
Zdziwiony zerkam w dół. Pierwszy raz wydał mi jakieś polecenie.
Grzesiek kładzie rękę na moim ramieniu i naciska na nie lekko. Posłusznie schodzę w dół tak, żeby nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie i przekręcam się w jego stronę. Chłopak ujmuje moją twarz w swoje dłonie i powoli się zbliża. Łapię go za nadgarstki.
- Grzesiek, nie musisz…
- Ale chcę – przerywa mi pozornie pewnym głosem i zaraz potem całuje. Krótko, niepewnie, jakby wstydliwie. Po swojemu. Wyjątkowo. Słodko. Odrywa się ode mnie z cichym mlaśnięciem, oblizuję wargi. Słone. – Rób co chcesz.
Patrzę na niego niepewnie dłuższą chwilę, a potem nagle się decyduję. Zdejmuję mu koszulkę, nieco opornie, ale szybko. Prawie równocześnie mocujemy się z guzikami i rozporkami w spodniach, plączemy się, gdy usiłujemy zdjąć sobie nawzajem dżinsy. A potem…
…potem jest jak zawsze.
Mnóstwo pocałunków. Dużo stękania, jęków, pomruków. Nieskładnie szeptane słowa. Odnajdywanie siebie i drugiego, badanie ciał, niespokojne wędrówki dłoni po rozpalonej, pulsującej skórze. Nowe ślady, malinki. Ciekawy jestem, jak tłumaczy się z nich rodzicom, przelatuje mi przez głowę, gdy wiele razy liżę zaczerwieniony punkt na jego szyi. Na plecach czuję jego palce, ale nie będzie nowych zadrapań. Nie dziś.
Nie, to nie był seks. Raczej coś w rodzaju pieszczoty. Bardzo namiętnej, erotycznej pieszczoty. Pierwszy raz od kilku dni.
- Piotrek?
- Hm? – pytam i unoszę wzrok znad książki, zaginając róg. Widząc to Szymon na krótko marszczy brwi – ma do książek ogromny szacunek, pewnie na samą myśl o zaginaniu stron albo, nie daj Panie, pisaniu po kartkach dostaje palpitacji serca.
Nie ukrywam, jestem trochę zdziwiony. Szymon był dotychczas w moim pokoju tylko jeden raz, chciał wtedy pożyczyć blisko trzy stówy na nie znane mi bliżej cele, dlatego teraz patrzę na niego nieufnie. Chłopak siada na kartonie obok materaca. Szczęśliwie trafia na wypełniony czymś twardym, bo nie wpada do środka tak jak ostatnio.
- Cholerny masz tu pieprznik.
Wzdycham, poprawiam okulary.
- Trzy, cztery lata temu. – mówię, otwierając książkę. – Powiesz mi teraz, że miałem wystarczająco dużo czasu, żeby się wypakować i zrobić porządek, bo o kartony można się zabić, mam rację?
Nie odzywa się. Trafiłem.
- Co chcesz? Znów kasę?
- Nie.
Nic więcej nie mówi. wracam do czytania książki. Szymon wzdycha kilka razy, drapie się w łydkę.
- Jak Grzesiek?
Odkrywam kołdrę po swojej prawej stronie i unoszę brwi, patrząc na Szymona. Grzesiek leży na moim torsie z ręką przy twarzy. Ma rozczochrane włosy, lekko rozchylone usta i bardzo widoczną malinkę. Uwielbiam patrzeć, jak śpi.
- Cały i zdrowy, jak widzisz. Śpi.
- W zasadzie chciałem o nim pogadać.
Zdziwiony marszczę brwi i zaczynam głaskać Grześka, sam nie wiem kiedy.
- O nim?
- O nim. Krótko mówiąc, masz się od niego odpieprzyć.
Zerkam na bruneta, uśmiechając się krzywo.
- Ona go kocha, wiesz? – pyta Szymon. – Ryczy teraz na kanapie i na zmianę ryczy i przeklina. Żebyś ty wiedziała, jakimi epitetami cię obrzuca… - chichocze pod nosem.
- Jemu to powiedz.
- Hę?
- Powiedz mu, żeby, jak to określiłeś, się ode mnie odpieprzył. Życzę powodzenia.
- Nie będziesz o niego walczył? Wykłócał się? Krzyczał, błagał, negocjował?
Milczę.
- Nie zależy ci na nim – bardziej stwierdza, niż pyta.
Patrzę na Grześka. Czy mi na nim zależy? Nie wiem. Czy byłoby mi go brak? Czy za kilka miesięcy będę o nim pamiętał? Przygryzam wargi.
- Rozumiem – wzdycha Szymon i wstaje. – On jest po prostu kolejnym, nie liczącym się facetem, z którym można spędzić kilka nocy, a potem zostawić. Nie myślałem, że taki jesteś – dodaje i wychodzi.
Patrzę na chłopaka, wzdycham i odkładam książkę na podłogę. Przenoszę wzrok na Grześka, zdejmuję okulary, głaszczę go po włosach.
Jaki jestem?
- Naprawdę ci na mnie nie zależy? – pyta Grzesiek cichym głosem. Baranieję. Nie spał, słyszał wszystko, przeklinam pod nosem.
Chłopak podnosi się, opiera n łokciu i wlepia we mnie swoje wściekle zielone oczy. Sięgam do jego włosów i zakładam mu za ucho przydługie pasemko. Nie odwraca głowy.
- Chodzi o seks, nie?
Patrzy mi prosto w oczy. Wytrzymuję to spojrzenie, choć sam nie wiem, jak mi się to udaje – jest pełne wyrzutu, żalu, smutku i bólu. Chyba jednak nie mam już sumienia.
- Powiedz.
- Nie. Oczywiście, że nie – mówię, wolno zjeżdżając dłonią po jego ramieniu i zaprzeczając oczywistym faktom. – Dobrzy mi się z tobą rozmawia. I milczy. I ogólnie spędza czas.
Patrzy na mnie odrobinę niepewnie, przygryzając wargę.
- Serio?
- Natürlich, Lieber – uśmiecham się i przyciągam go do siebie. Grzesiek kładzie głowę na moim torsie. Splatam ze sobą palce naszych dłoni.
Nie wiem, czy mi uwierzył. Pewnie nie. I w sumie mu się nie dziwię.
- Co z Franką? – pytam, przerywając milczenie.
- Co ma być?
- Będziecie jeszcze ze sobą?
Wzrusza ramionami, pociąga głosem.
- Nie. Pewnie nie. Po tym co ona… - urywa nagle, zaciska usta. – Zresztą, i tak jej nie kocham.
Przytulam go mocniej. Leżymy w milczeniu, zajęci sobą. Nie mogę się powstrzymać i ciągle go głaszczę albo całuję lekko, czasami tylko przykładając usta do jego skóry czy włosów. Zastanawiam się.
Około pół godziny później wstajemy. W czasie kiedy on się ubiera, ja zapalam papierosa i obserwuję go – jego nogi, tors, plecy i zastanawiam się.
Idziemy do salonu, jemy śniadanie, rozmawiamy z Szymonem i Franką. Dziewczyna patrzy na mnie ze zniesmaczeniem, prześlizguje wzrok po moim nagim torsie, po tatuażu, po potarganych włosach. Nie obchodzi mnie to. Zastanawiam się.
Niedługo po tym Grzesiek i franka wychodzą. Całuję go w progu namiętnie, szepcząc mu potem na ucho, żeby zadzwonił. Dziewczyna z nieszczęśliwą miną odwraca się od nas. Schodzą po schodach kłócąc się i krzycząc. Zastanawiam się.
Zastanawiam się, co nas jeszcze przy sobie trzyma.
(by Feri/IMN)
_______________________________________________________
za wszelkie błędy w wypowiedziach P. (tych niemieckich) przepraszam - są tworzone przeze mnie i niekonsultowane ze słownikiem (w większości). To po pierwsze.
Po drugie zwiększa nam się liczba OC'ów ^^
LIZA Darclum
wiek: 23 lata
data urodzin: 23 kwietnia ‘89
wzrost/budowa: 153 cm/ niska, chuda
wygląd: piegusek, rude włosy do ramion, prosto obcięte, zielone oczy
pochodzenie: UK
rodzina: starsza siostra Teri, rodzice
związek: -
praca: weterynarz
zainteresowania: zwierzęta, hand made, jeździectwo, ECO
zwierzątko: pies Beta, koń
przeszłość: nie zdradza
charakter: nieśmiała, spokojna, troskliwa; jej matka, kiedyś modelka teraz projektantka, mieszka w apartamencie w Londynie; Liza, jako dziecko, wolała spędzać czas u babci na wsi niż w domu z matką; do Polski przyjechała w wieku 19 lat na studia
+ ma polskie korzenie – jej pradziadek był z Polski
+ jest dzieckiem alkoholika, dlatego bardzo się denerwuje, gdy widzi pijącego Szymona; „ostoja moralna” rudzielca
+ zagorzała ekolożka i „koniarka”, uwielbia przyrodę i pielęgnować rośliny
+ wegetarianka
+ gra na saksofonie, trenuje taniec brzucha
+ kocha gotować
+ często wpada w złość i kłóci się z Szymonem
+ obecnie Liza mieszka w akademiku na Ursynowie (ostatni rok) – planuje przeprowadzić się do domu, który kupiła jej matka, otworzyć tam klinikę weterynaryjną i sprowadzić z Anglii swojego konia (na tyłach domu jest stajnia i ogród)
by Listek
-4-
Zamieram nagle z palcami leżącymi na rozporku chłopaka, który siedzi mi na kolanach i odrywam się od jego warg.
- Co jest?
- Ubieraj się.
- Co?
Uśmiecham się, podnosząc jego bluzkę z brudnej podłogi.
- Ubieraj się – powtarzam i delikatnie ściągam go ze swoich kolan. – Nie będziemy się gnieść w kiblu. Idziemy do mnie.
- Mieszkasz z kimś?
- Owszem – odpowiadam i podtrzymuję chłopaka, który traci równowagę na starych schodach. – Uważaj.
- Uważam. Możesz mnie już puścić.
Doganiam go, mocniej przytrzymuję w pasie i zmuszam do tego, żeby oparł się o poręcz. Nachylam się nad nim.
- Und was, wenn ich will nicht? – szepczę i przygryzam płatek jego ucha. Chłopak chowa nos w szaliku, uśmiecha się lekko.
- Co to znaczy?
Całuję go krótko i biorę go za rękę, ciągnąc za sobą na górę. Szybko znajduję klucze w kieszeni, otwieram drzwi, niemal wpycham chłopaka do środka i przypieram do ściany. Wpijam się w jego wargi, zdzieram z niego szalik i kurtkę. Jedną dłoń kładę na jego pośladku, drugą wsadzam pod bluzkę. Czuję pod palcami jego gładką, ciepłą skórę.
- Piot… rek…
- Hm?
- Słyszysz?
Wyjmuję rękę spod jego bluzki, nasłuchuję. Po chwili słyszę urywane ciche jęki.
Składając propozycję nie wziąłem pod uwagę najważniejszej rzeczy. Gdy wychodziłem z domu, Szymon ciągle jeszcze był na koncercie. Naiwnie założyłem, że prześpi się u jakiegoś kolegi, znajomej, w motelu, czy jakimkolwiek innym miejscu, a ja do około 9 będę miał wolne mieszkanie. Ale Szymonowi zachciało się wrócić wcześniej. I do tego nie samemu.
Uśmiecham się z rozbawieniem i przykładam palec do ust. Na palcach podchodzę do ścianki i zaglądam do pokoju Szymona. Gdy po kilku sekundach oczy przyzwyczajają mi się do ciemności, parskam i powstrzymując się od śmiechu, gestem dłoni przywołuję do siebie Grześka. Marszczy brwi i posyła mi pytające spojrzenie, ale podchodzi. Przyciągam go do siebie.
- Patrz – szepczę.
Grzesiek posłusznie zerka na pokój Szymona i na to, co się w nim dzieje. A sądząc po dźwiękach, odgłosach i widocznych ruchach dwóch ciał, dzieje się całkiem sporo. Udaje mi się zauważyć zarys dziewczęcych ud i piersi. Kręcę głową z uśmiechem – nie sądziłem, że którąś przyprowadzi. Podskakuję, gdy słyszę wysoki, cienki jęk i z trudem wykrzyczane imię. Dobry Panie, przez coś takiego można zejść na zawał.
- Napatrzyłeś się już? – szepczę, przyciskając usta do szyi Grześka i kładąc dłoń na jego pasie. – Chodź na kanap…
Zagłusza mnie głośny pisk. Krzywię się krótko, czuję jak dzwoni mi w uszach. Ta dziewczyna stanowczo ma coś nie tak ze strunami głosowymi, normalny człowiek nie dałby rady wytworzyć takich dźwięków. Szymon najpierw o coś ją pyta, potem przekręca głowę w moją stronę i też wrzeszczy.
- Piotrek?!
Macham do niego i z rozbawieniem obserwuję, jak w pośpiechu naciąga na siebie spodnie, przeklinając pod nosem.
- To jest właśnie ta osoba z którą mieszkam. Szymon – mówię cicho, nachyliwszy się nad uchem Grześka. Skubię go w ucho zębami. – Chodź. Niech się ogarną.
- Ja ich chyba skądś kojarzę… - mówi chłopak i przygryza wargę, gdy prowadzę go za sobą do swojego pokoju. Prycham cicho.
- Wątpię.
- Nie, serio – Grzesiek odwraca na krótko głowę. – Ze szkoły? Gimnazjum chyb…
Przyciskam go do ściany, opieram o nią rękę i namiętnie całuję go w usta. Stęka cicho, przyciska mnie do siebie i zarzuca mi ręce na szyję. Łapię go w pasie, przylegam do niego biodrami. Uśmiecham się lekko, czując na swoim udzie jego penisa.
- Chcę ciebie – szepczę mu do ucha i całuję w szyję. – Całego.
- Chodź… chodźmy do pokoju…
- Nie. – Wpijam mu się w usta, napierając na niego. – Chcę ciebie tu. Tu i teraz.
Uśmiecha się lekko, słodko, rumieni się niemal po dziewczęcemu i delikatnie ujmuje moją twarz w swoje dłonie. Nie całuje. Przeszkodził mu krzyk.
- O kurwa. O ja pierdolę. Zaraz się zarzygam – głos dziewczyny. Wzdycham z irytacją i przeklinam pod nosem, równocześnie modląc się o cierpliwość. – Szymon, gdzie łazienka?
- Obok nich.
Dziewczyna wydaje z siebie długi, cierpiętniczy jęk, jakby ktoś podstawił jej pod nos talerz pełen małych, wijących się larw. Nie cierpię takich ludzi. Grzesiek patrzy ponad moim ramieniem i otwiera oczy w niemym przerażeniu, rozchyla usta. Patrzę na niego zdziwiony, marszcząc brwi.
- Franka?!
Zerkam na Szymona i dziewczynę, patrzę na rudego pytająco. Wytrzeszcza oczy i potrząsa głowa, wzruszając ramionami. Dziewczyna szczelniej owija się prześcieradłem, przyciskając do piersi rękę, przebiera chwilę nogami.
- Grzesiek? – bełkocze cienkim głosem.
- Grzesiek! – potwierdza zdenerwowanym głosem, wczepiony w moje ramię. – Wiedziałem, że skądś znam ten głos! Teraz nareszcie wiem gdzie łazisz, kiedy nie możesz się ze mną spotkać!
- Gówno wiesz! – odwrzaskuje Franka. Opadające prześcieradło odsłania ładne, krągłe ramię z licznymi pieprzykami. – To jest… było jednorazowe!
- Czyli było ich więcej, tak?!
- Pijany byłem – usprawiedliwia się Szymon ruchem warg. Parskam gardłowo, uśmiechając się kącikiem ust.
- …nie lepszy! – słyszę krzyk Franki. – W szkole się ze mną całujesz, przytulasz, chodzimy za rękę, po południu też w porządku, ale na noc i w weekendy ciągle gdzieś znikasz! Obłapiać się z facetami! Do tego niezbyt przystojnymi!
- Odpieprz się od nich – mówi Szymon, łapiąc ją w talii.
- Właśnie! Nic ci do tego, z kim się obmacuję!
- Och, czyżby? Wyobraź sobie, że bycie czyimś chłopakiem do czegoś zobowiązuje!
- Tak samo jak bycie czyjąś dziewczyną.
Franka zaciska usta, ściska w dłoniach prześcieradło. Nawet przez wątłe światło latarni wpadające przez okno można zauważyć, że jest zaczerwieniona.
- Pedał!
- Dziwka!
- Sukinsyn!
- Szmata!
- Skończyliście, czy chcecie sobie coś jeszcze wytłumaczyć? – pyta Szymon, zerkając na zmianę na Franke i Grześka. – Bo jeśli nie, to znajdzie się jakiś ustronne miejsce, gdzie będziecie mogli sobie w spokoju podyskutować.
Żadne z nich się nie odzywa. Po kilku chwilach dziewczyna pociąga nosem i znika w pokoju Szymona, chłopak idzie za nią. Gdy tracę ich z oczu ciągnę Grześka za sobą, wchodzimy do mojego pokoju, kładę go na materacu. Klękam nad nim opierając ręce po bokach jego głowy. Całuję go, podwijając jego bluzkę. Kładzie mi dłoń na mojej ręce.
- Nie teraz.
- Jak chcesz.
Szybko ściągam bluzkę i kładę się obok niego na materacu, przylegając do jego pleców i wkładam rękę pod materiał jego bluzki. Opieram dłoń jego brzuchu, głaszczę delikatnie, wsuwając wolne ramię pod jego głowę.
- Zły jesteś? – odzywa się po chwili.
- Nie, dlaczego?
Wzrusza ramionami.
- Bo zawsze jak gdzieś poszliśmy to potem się… wiesz… Myślałem…
- Głupi jesteś, jeśli myślisz że spotykam się z tobą tylko dla seksu. – Ale niestety cholernie bliski prawdy, dodaję w myślach. Całuję go w ucho i szyję. – Czemu ci jest tak smutno?
- Nie wiem.
- Chodź.
Grzesiek niepewnie odwraca się przodem do mnie. Kładę się na plecach, chłopak przewraca się na bok, kładzie głowę na moim ramieniu tuz przy torsie i przytula się do mnie. Przeczesuję palcami jego włosy wpatrując się w sufit. Słyszę dobiegające z pokoju Szymona głośne jęki i krzyki. Zerkam na Grześka – płacze. Łzy wolno ściekają mu po policzkach, tworząc na nich wilgotne tunele, które w bladym świetle latarni wyglądają nieco upiornie. Nie zadaje sobie trudu, żeby wytrzeć oczy. Robię to za niego.
- Ja… mogę to wytłumaczyć – odzywa się cicho po kilku minutach. Milczę.
Wzdycha i przylega do mnie mocniej niż wcześniej, wczepia się, zaciska pięść. Uspokajająco przykrywam jego dłoń swoją ręką i przygarniam go do siebie.
- Przepraszam – szepcze nagle Grzesiek i zarzuca nogę na moje udo. Zginam kolano, żeby jego stopa mogła wygodnie opaść.
- Nie masz za co.
- Spójrz na mnie.
Zdziwiony zerkam w dół. Pierwszy raz wydał mi jakieś polecenie.
Grzesiek kładzie rękę na moim ramieniu i naciska na nie lekko. Posłusznie schodzę w dół tak, żeby nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie i przekręcam się w jego stronę. Chłopak ujmuje moją twarz w swoje dłonie i powoli się zbliża. Łapię go za nadgarstki.
- Grzesiek, nie musisz…
- Ale chcę – przerywa mi pozornie pewnym głosem i zaraz potem całuje. Krótko, niepewnie, jakby wstydliwie. Po swojemu. Wyjątkowo. Słodko. Odrywa się ode mnie z cichym mlaśnięciem, oblizuję wargi. Słone. – Rób co chcesz.
Patrzę na niego niepewnie dłuższą chwilę, a potem nagle się decyduję. Zdejmuję mu koszulkę, nieco opornie, ale szybko. Prawie równocześnie mocujemy się z guzikami i rozporkami w spodniach, plączemy się, gdy usiłujemy zdjąć sobie nawzajem dżinsy. A potem…
…potem jest jak zawsze.
Mnóstwo pocałunków. Dużo stękania, jęków, pomruków. Nieskładnie szeptane słowa. Odnajdywanie siebie i drugiego, badanie ciał, niespokojne wędrówki dłoni po rozpalonej, pulsującej skórze. Nowe ślady, malinki. Ciekawy jestem, jak tłumaczy się z nich rodzicom, przelatuje mi przez głowę, gdy wiele razy liżę zaczerwieniony punkt na jego szyi. Na plecach czuję jego palce, ale nie będzie nowych zadrapań. Nie dziś.
Nie, to nie był seks. Raczej coś w rodzaju pieszczoty. Bardzo namiętnej, erotycznej pieszczoty. Pierwszy raz od kilku dni.
- Piotrek?
- Hm? – pytam i unoszę wzrok znad książki, zaginając róg. Widząc to Szymon na krótko marszczy brwi – ma do książek ogromny szacunek, pewnie na samą myśl o zaginaniu stron albo, nie daj Panie, pisaniu po kartkach dostaje palpitacji serca.
Nie ukrywam, jestem trochę zdziwiony. Szymon był dotychczas w moim pokoju tylko jeden raz, chciał wtedy pożyczyć blisko trzy stówy na nie znane mi bliżej cele, dlatego teraz patrzę na niego nieufnie. Chłopak siada na kartonie obok materaca. Szczęśliwie trafia na wypełniony czymś twardym, bo nie wpada do środka tak jak ostatnio.
- Cholerny masz tu pieprznik.
Wzdycham, poprawiam okulary.
- Trzy, cztery lata temu. – mówię, otwierając książkę. – Powiesz mi teraz, że miałem wystarczająco dużo czasu, żeby się wypakować i zrobić porządek, bo o kartony można się zabić, mam rację?
Nie odzywa się. Trafiłem.
- Co chcesz? Znów kasę?
- Nie.
Nic więcej nie mówi. wracam do czytania książki. Szymon wzdycha kilka razy, drapie się w łydkę.
- Jak Grzesiek?
Odkrywam kołdrę po swojej prawej stronie i unoszę brwi, patrząc na Szymona. Grzesiek leży na moim torsie z ręką przy twarzy. Ma rozczochrane włosy, lekko rozchylone usta i bardzo widoczną malinkę. Uwielbiam patrzeć, jak śpi.
- Cały i zdrowy, jak widzisz. Śpi.
- W zasadzie chciałem o nim pogadać.
Zdziwiony marszczę brwi i zaczynam głaskać Grześka, sam nie wiem kiedy.
- O nim?
- O nim. Krótko mówiąc, masz się od niego odpieprzyć.
Zerkam na bruneta, uśmiechając się krzywo.
- Ona go kocha, wiesz? – pyta Szymon. – Ryczy teraz na kanapie i na zmianę ryczy i przeklina. Żebyś ty wiedziała, jakimi epitetami cię obrzuca… - chichocze pod nosem.
- Jemu to powiedz.
- Hę?
- Powiedz mu, żeby, jak to określiłeś, się ode mnie odpieprzył. Życzę powodzenia.
- Nie będziesz o niego walczył? Wykłócał się? Krzyczał, błagał, negocjował?
Milczę.
- Nie zależy ci na nim – bardziej stwierdza, niż pyta.
Patrzę na Grześka. Czy mi na nim zależy? Nie wiem. Czy byłoby mi go brak? Czy za kilka miesięcy będę o nim pamiętał? Przygryzam wargi.
- Rozumiem – wzdycha Szymon i wstaje. – On jest po prostu kolejnym, nie liczącym się facetem, z którym można spędzić kilka nocy, a potem zostawić. Nie myślałem, że taki jesteś – dodaje i wychodzi.
Patrzę na chłopaka, wzdycham i odkładam książkę na podłogę. Przenoszę wzrok na Grześka, zdejmuję okulary, głaszczę go po włosach.
Jaki jestem?
- Naprawdę ci na mnie nie zależy? – pyta Grzesiek cichym głosem. Baranieję. Nie spał, słyszał wszystko, przeklinam pod nosem.
Chłopak podnosi się, opiera n łokciu i wlepia we mnie swoje wściekle zielone oczy. Sięgam do jego włosów i zakładam mu za ucho przydługie pasemko. Nie odwraca głowy.
- Chodzi o seks, nie?
Patrzy mi prosto w oczy. Wytrzymuję to spojrzenie, choć sam nie wiem, jak mi się to udaje – jest pełne wyrzutu, żalu, smutku i bólu. Chyba jednak nie mam już sumienia.
- Powiedz.
- Nie. Oczywiście, że nie – mówię, wolno zjeżdżając dłonią po jego ramieniu i zaprzeczając oczywistym faktom. – Dobrzy mi się z tobą rozmawia. I milczy. I ogólnie spędza czas.
Patrzy na mnie odrobinę niepewnie, przygryzając wargę.
- Serio?
- Natürlich, Lieber – uśmiecham się i przyciągam go do siebie. Grzesiek kładzie głowę na moim torsie. Splatam ze sobą palce naszych dłoni.
Nie wiem, czy mi uwierzył. Pewnie nie. I w sumie mu się nie dziwię.
- Co z Franką? – pytam, przerywając milczenie.
- Co ma być?
- Będziecie jeszcze ze sobą?
Wzrusza ramionami, pociąga głosem.
- Nie. Pewnie nie. Po tym co ona… - urywa nagle, zaciska usta. – Zresztą, i tak jej nie kocham.
Przytulam go mocniej. Leżymy w milczeniu, zajęci sobą. Nie mogę się powstrzymać i ciągle go głaszczę albo całuję lekko, czasami tylko przykładając usta do jego skóry czy włosów. Zastanawiam się.
Około pół godziny później wstajemy. W czasie kiedy on się ubiera, ja zapalam papierosa i obserwuję go – jego nogi, tors, plecy i zastanawiam się.
Idziemy do salonu, jemy śniadanie, rozmawiamy z Szymonem i Franką. Dziewczyna patrzy na mnie ze zniesmaczeniem, prześlizguje wzrok po moim nagim torsie, po tatuażu, po potarganych włosach. Nie obchodzi mnie to. Zastanawiam się.
Niedługo po tym Grzesiek i franka wychodzą. Całuję go w progu namiętnie, szepcząc mu potem na ucho, żeby zadzwonił. Dziewczyna z nieszczęśliwą miną odwraca się od nas. Schodzą po schodach kłócąc się i krzycząc. Zastanawiam się.
Zastanawiam się, co nas jeszcze przy sobie trzyma.
(by Feri/IMN)
_______________________________________________________
za wszelkie błędy w wypowiedziach P. (tych niemieckich) przepraszam - są tworzone przeze mnie i niekonsultowane ze słownikiem (w większości). To po pierwsze.
Po drugie zwiększa nam się liczba OC'ów ^^
LIZA Darclum
wiek: 23 lata
data urodzin: 23 kwietnia ‘89
wzrost/budowa: 153 cm/ niska, chuda
wygląd: piegusek, rude włosy do ramion, prosto obcięte, zielone oczy
pochodzenie: UK
rodzina: starsza siostra Teri, rodzice
związek: -
praca: weterynarz
zainteresowania: zwierzęta, hand made, jeździectwo, ECO
zwierzątko: pies Beta, koń
przeszłość: nie zdradza
charakter: nieśmiała, spokojna, troskliwa; jej matka, kiedyś modelka teraz projektantka, mieszka w apartamencie w Londynie; Liza, jako dziecko, wolała spędzać czas u babci na wsi niż w domu z matką; do Polski przyjechała w wieku 19 lat na studia
+ ma polskie korzenie – jej pradziadek był z Polski
+ jest dzieckiem alkoholika, dlatego bardzo się denerwuje, gdy widzi pijącego Szymona; „ostoja moralna” rudzielca
+ zagorzała ekolożka i „koniarka”, uwielbia przyrodę i pielęgnować rośliny
+ wegetarianka
+ gra na saksofonie, trenuje taniec brzucha
+ kocha gotować
+ często wpada w złość i kłóci się z Szymonem
+ obecnie Liza mieszka w akademiku na Ursynowie (ostatni rok) – planuje przeprowadzić się do domu, który kupiła jej matka, otworzyć tam klinikę weterynaryjną i sprowadzić z Anglii swojego konia (na tyłach domu jest stajnia i ogród)
by Listek
Tagi:
bonus
rozdział czwarty
-3-
– Jaki kurwa remont? Powaliło cię?
- Będę tu teraz mieszkał, nie? To raczej logiczne, że dostosowuję mieszkanie do swoich potrzeb!
- To jest ciągle moje mieszkanie.
- Matko, nie będę ci przecież ścian burzył, tylko… no, poprzynoszę kilka rzeczy, coś zawieszę, przemaluję…
- Co ty chcesz malować? Wykluczone!
- Z tobą to tak zawsze! A ja już farbę i pędzle załatwiłem, nie możesz mi teraz…
- Co zrobiłeś?!
- Farbę załatwiłem. I pędzle. No Piotrek, daj spokój! Co ci zależy na jednej malutkiej ściance?
- Jak malutkiej?
- O, tamtej.
- Mogę ci dać najwyżej tą.
- Ale Piotrek…
- Ta albo żadna.
- Cholera jasna, ależ ty jesteś… Niech ci będzie.
Żeby jakoś odstresować tą wymianę zdań, poszedłem do pierwszego lepszego klubu, wypiłem kilka drinków, potańczyłem…
…A teraz bez skrępowania chodzę po wielgachnym mieszkaniu jakiegoś wypacykowanego lalusia i rozglądam się. Mieszkanie, a właściwie apartament, nie dość że w połowie jest dwupoziomowy, to jeszcze ma wyjście na ogród na dachu. Facet (nawet nie pamiętam jak ma na imię) mówi coś do mnie bezustannie, ale ja go nie słucham i w myślach przeliczam metry kwadratowe i porównuję jego dom z moją kawalerką. Wychodzi mi, że to jest tak ze cztery razy większe. Nieco dołujące.
- Kredyt to chyba będziesz spłacał do usranej śmierci – stwierdzam i przyjmuję on niego kieliszek białego wina. Wącham, próbuję i powstrzymuję się przed wypluciem. Konsumpcję kontynuuję tylko i wyłącznie z grzeczności.
Krzywi się lekko i otwiera przede mną drzwi do sypialni na piętrze.
- Mam nadzieję, że zejdzie mi się trochę krócej – szczerzy się do mnie i siada obok na łóżku.
- A można spytać, ile zarabiasz? – pytam i odstawiam pustą lampkę na podłogę. Dzięki bogom skończyłem. W normalnych warunkach pewnie nawet nie wziąłbym go do ust, ale coś czuję, że ta sprawa będzie potrzebowała procentów, choćby śladowej ilości.
- Teraz niedużo, coś koło 25… nie, 30…
Słodki Jezu. Ja tyle w rok zarabiam. A i to tylko wtedy, kiedy zechce mi się użerać na korkach z jakimiś totalnymi debilami, nie spać w nocy, żeby dokończyć tłumaczenie i napisać artykuł, który „koniecznie trzeba dostarczyć na dwa dni najpóźniej”. A zazwyczaj mi się nie chce.
- O matko, nic ci nie jest? – pyta i uderza mnie w plecy dłonią. Muchy by tym nie zabił. Ten facet zaczyna mnie na serio wkurzać – nie dość, że wręcz ocieka homoseksualizmem, to jeszcze mówi tym cholernym, falsetowo-zaciągającym głosikiem. Odganiam go od siebie i sam opanowuję atak kaszlu.
-… ńska po prostu ceni mnie jako stylistę i to gł…
Do tego jest stylistą. Dobry Panie, za jakie grzech… Chociaż… obejdzie się bez wymieniania. Zamykam oczy, biorę kilka oddechów i, przełamawszy wszystkie bariery, zamykam mu usta pocałunkiem, równocześnie kładąc go na łóżko. Banalne, owszem, za to niezwykle skuteczne.
- Nie rozmawiajmy o pracy… - mówię cicho wiele obiecującym tonem, wyćwiczonym do perfekcji i sprawdzonym na kilku… nastu? …dziesięciu? Nieważne. W każdym razie reakcje zawsze były podobne: przygryzienie wargi w pseudo figlarnym uśmiechu, przyciągnięcie mnie do siebie, wpicie się w usta, pociągnięcie w kierunku najbliższej toalety, bądź – w przypadku młodych lub mniej doświadczonych – wielki rumieniec. Pomyliłem się tylko raz. Pamiętam, że owy przypadek hetero uderzył mnie w mostek i kilka innych rzeczy i wyzywał jak tylko Polak potrafi, a potem się zaprzyjaźniliśmy. Ale to już inna historia.
Stylista za to wzdycha głęboko, a krew szaleńczym pędem płynie ku dolnym partiom jego ciała i sprawia, że z przodu materiał kolorowych spodni jest nieco bardziej wypukły. Biedak. Jeśli samym głosem można go doprowadzić do takiego stanu… Mruczy coś i szybko kiwa głową, przyciągając mnie do siebie. Rozpinam guzik jego spodni i zsuwam je z bioder razem z bielizną, całując go po szyi. Odchyla głowę do tyłu i jęczy cicho, biorąc głębokie wdechy gdy masuję go po udach. Mam dziwne wrażenie, że facet spuści się, zanim zacznie się dziać coś konkretnego.
- Jak lubisz? – szepczę mu do ucha, szarpiąc się równocześnie ze swoimi spodniami. Mógłby, do cholery, wykazać się jakąś inicjatywa i mi pomóc, a nie tylko jęczy i jęczy. Nie cierpię pasywności. W łóżku jest raczej małomówny – teraz też tylko wzrusza ramionami. Nie wiem jak to możliwe, że jeszcze nie przegryzłem mu tętnicy.
Długo nie pociągnę.
***
20 minut później stoję na przystanku i czekam na najbliższy autobus. Jest dosyć wcześnie, załapuję się nawet na ostatni dzienny kurs. Szczęśliwie ten, który teraz wjeżdża na przystanek, jedzie do Centrum. Wsiadam do niego szczękając zębami i momentalnie siadam na wolnym miejscu obok grzejnika. Zimny. Po raz kolejny zaczynam tęsknić za znacznie cieplejszymi nocami w Berlinie. Nienawidzę warszawskich zim.
Siadam z piwem w kącie klubu przy maleńkim stoliczku i rozplątuję szalik. Nareszcie jakieś ciepłe miejsce, gdzie można się napić, zrelaksować, ogrzać, zapomnieć… Chociaż wątpię, żebym z tym czerwonym nosem przez najbliższe pół godziny miał szanse na jakiekolwiek zapomnienie z kimkolwiek. Pociągam potężny łyk, w myślach dopisując stylistę do listy moich życiowych porażek.
- Nigdy więcej seksu z lalusiowatymi ciotami – obiecuję sobie szeptem, z hukiem stawiając piwo na blacie stolika.
W ciągu kilkudziesięciu minut jestem obstawiony czterema wielkimi kuflami i na wpół pozbawiony świadomości. Dociera do mnie tylko irytujące kolorowe światło i cichy, ale cholernie irytujący rytm jakiegoś kawałka techno; przestaję rozróżniać ludzi, mózg przetwarza informacje wyjątkowo opornie, dodatkowo spowolniony nie pozwalającym się skupić szumem.
Niedługo potem przestaję widzieć cokolwiek poza wszechogarniającą czernią.
Zawsze starałem się dobierać sobie takich facetów, nad którymi mogłem dominować: słabszych psychicznie, niezdecydowanych, nieśmiałych o wybujałych fantazjach, albo po prostu niższych. Najwięcej kłopotów było ze zrealizowaniem tego ostatniego kryterium (do najwyższych nie należę), ale nie zwracałem na to większej uwagi – naprawdę dużo facetów w moim typie mieściło się w pozostałych warunkach.
Zawsze ja brałem i dawałem najwięcej, słuchałem posapywań, jęków rozkoszy, zduszonych, urywanych próśb, podniecałem, wzbudzałem niekontrolowane odruchy, spełniałem życzenia o więcej, dominowałem. To ja zdobywałem, podrywałem, robiłem pierwszy krok, według niektórych za szybki i za długi, bo zawsze lądował w łóżku. Dzielnie się tego trzymałem, a tego, który próbował mnie sobie podporządkować, bezceremonialnie zostawiałem. Od razu.
Odzyskuję zdolność analizowania sytuacji, jak zwykle, po około godzinie. Ziewam szeroko, przeciągam się. Nawet się nie rozebrałem. Zarzucam wyprostowane ręce za głowę i patrzę na obcy sufit. Nie pamiętam, jak się tu dostałem. W sumie nic nowego.
Nowością za to jest facet, który nagle zjawia się nade mną i niemal od razu zaczyna się do mnie dobierać. Łapię go za nadgarstki i stanowczo odklejam je od swoich spodni, łypię na gościa podejrzliwie.
- Ty chyb… - urywam nagle i wydaję sycząco-jęczący dźwięk.
Debil ugryzł mnie w wargę. Mocno trzaskam go pięścią w ramię. Tak się bawić nie będziemy.
- Nie gryź – warczę z mocnym akcentem i próbuję się podnieść, ale klęczący nade mną facet pcha mnie z powrotem na łóżko.
- Bo? – mruczy wyzywająco i szczypie mnie zębami w płatek ucha, równocześnie mocno przyciskając dłoń do mojego torsu i prowadząc ją ku szyi. Przy okazji zabrał się za zdejmowanie mi T-shirtu.
- Będzie bolało.
Jednym szybkim ruchem ściąga ze mnie bluzkę i uśmiecha się ironicznie. Głowa mnie boli, dekolt był bardzo wąski. Najchętniej walnąłbym tego kretyna w zęby.
- Nie wierzysz mi – stwierdzam, zsuwając mu z bioder bokserki, niby przypadkiem przejeżdżając paznokciami po jego skórze. Cholernie trudna sprawa gdy się leży.
- Ani trochę – szepcze i bezczelnie się uśmiecha, wyraźnie mnie zachęcając. Przyjmuję zaproszenie.
Chyba pierwszy raz kocham się z kimś tak brutalnie i agresywnie. Jeśli tylko można to nazwać kochaniem. Po kilkunastu minutach mam opuchnięte wargi, podrapany tors i plecy, pulsuje mi tył głowy, boli mnie pewne miejsce intymne, tępy ból czuję w kilku miejscach, ale przyzwyczaiłem się do niego na tyle, że nie zwracam już na niego uwagi. Mój „partner” jest za to gdzieniegdzie posiniaczony i zaczerwieniony, na dolnej wardze zbiera mu się krew (przygryzł ją sobie, gdy uderzyłem go w szczękę), a jego plecy wyglądają tak, jakby wpakował się w krzak jeżyn. Przez kilka ładnych minut (może dłużej, straciłem poczucie czasu) walczymy o dominację. Walczymy naprawdę. Nie w tym ślady ckliwego przewracania się po pościeli, słodkich pocałunków i opiekuńczych objęć – jest wściekłą szamotanina na dywanie, przygryzanie najczęściej uszu, warg i sutków, wpijanie się paznokci w skórę. Pocałunki też są, ale agresywne i na siłę. Za to, że wepchnął mi język do gardła, za każdym razem dostawał w żołądek. Obaj nie przebieramy w środkach i stosujemy wszelkie możliwe chwyty, byle tylko przejąć nad drugim kontrolę. Boli mnie dosłownie każda komórka, ale jest to ten szczególny rodzaj bólu sprawiający przyjemność. I nie tylko mi, bo szczególnie na dolnych partiach ciała mam na sobie jego spermę. On moją na sobie też.
Ostatecznie klęka za mną, mocno przyciska mnie do ziemi, kładąc mi rękę na karku i po krótkim poleceniu „Szerzej”, które przez mój opór w większości wykonuje za mnie, bezpardonowo pcha biodrami i wchodzi. Wrzeszczę krótko, przeklinam po niemiecku jego i cztery pokolenia wstecz, i wczepiam paznokcie w dywan. Czuję każdy, nawet najmniejszy ruch. Przestaje mnie katować dopiero kiedy kopię go w bok. „Wyjście” jest równie bolesne. Natychmiast po tym wstaję z niemałym trudem, mocno biję go pięścią w mostek i starając się iść w miarę prosto, kieruję się do łazienki. Biorę szybki prysznic, wracam do pokoju i zbieram z podłogi swoje rzeczy, nie odzywając się słowem i idę spać na kanapę.
Nigdy więcej.
***
Leżę nieruchomo na kanapie u siebie w salonie z kompresem na głowie i posykuję cicho, gdy nieopatrznie się poruszę. Cały jestem oklejony plastrami, mam zabandażowany nadgarstek i rozciętą brew. I tak dobrze, że mogę leżeć, bo jeszcze kilka godzin temu wykonanie jakiejkolwiek innej postawy niż stojąca graniczyło z cudem.
Patrzę na dzieło Szymona. Chłopakowi udało się w niecałą dobę zrobić ten swój „remont”. Dany mu łaskawie kawałek ściany wykorzystał maksymalnie – pomalował ją na czarno, namalował czerwonym sprejem wielki znak anarchii, powiesił plakaty, przytargał szafki i komódki z których zrobił dodatkową ściankę, przyniósł płyty, książki, na podłodze położył materac. Muszę przyznać, że nie wygląda to tak tragicznie jak myślałem.
- Piotrek?! Jesteś?
Podnoszę się nieco wyżej na poduszkach.
- Na kanapie! – odwrzaskuję. – Chodź!
Nina wchodzi do salonu chwilę później z wielką siata w dłoni, z którą od razu idzie do kuchni.
- Jak chcesz to weź coś sobie, wiesz gdzie co leży. Co cię przygnało?
- Zostały mi pielmienie. Smakowały ci, więc sobie pomyślałam, że ci przyniosę – mówi, zamyka lodówkę i nalewa sobie coś do szklanki, a potem wraca do salonu i siada na fotelu obok mnie. – Wystarczy, że je sobie podgrze… O Matko Przenajświętsza.
- Chodzi ci o ścianę? To Szymon.
- O ciebie debilu, nie o ścianę – mówi i energicznie stawia szklankę na stoliku. – Wiesz jak ty wyglądasz?! Co ci się stało?
- Wiem jak wyglądam – mruczę i wypijam nieco z jej szklanki. – Paskudna i długa historia, lepiej nie mówić.
- Powiedz. – Krzyżuje ręce na piersi i zaczyna wpatrywać się we mnie tym swoim wzrokiem. Wzdycham i opadam na poduszki, przytrzymując ciepły kompres.
- Pieprzyłem się z takim jednym i…
- A nie biłeś?
- Pieprzyłem – powtarzam i syczę, zmieniając pozycję. – Ale tak to chyba po raz pierwszy. Nie, na pewny. Wiesz że ten debil włoż…
- Nie chcę wiedzieć! – krzyczy i zatyka sobie uszy dłońmi. – Nie mów mi co on ci robił i co ty mu robiłeś, jeśli wybiega to poza pocałunek. Wybiega?
- Uznajesz pocałunki w które miejsca?
Jęczy długo i ukrywa twarz w dłoniach, mrucząc coś pod nosem po ukraińsku.
- Co ja ci takiego zrobiłam, co?
- Kocham cię – posyłam jej całusa w powietrzu i uśmiecham się.
- Gdzie obiad?
- Szymon – rzucam do Niny i krzyczę: - Nie mam czasu! Zrób coś sobie i nie przeszkadzaj!
- Jak to zrób? Co znaczy zrób?
- On tak zawsze? – pyta Nina, a ja już mam odpowiedzieć, gdy Szymon wchodzi do salonu.
- Z kim ty rozmaw… O.
- Nie „o”, tylko Nina – mówię złośliwie. – Daj mi dokończyć rozmowę i nie przeszkadzaj.
Szymon, jakby nie słyszał co mówię, podchodzi do Niny i podaje jej rękę.
- Szymon.
- Nina – uśmiecha się. Chłopak odwzajemnia uśmiech, przyglądając jej się krytycznie, a potem człapie do kuchni, wyjmuje piwo z lodówki i zaszywa się z nim w swoim kącie. Dziewczyna patrzy za nim zdziwiona.
- On chyba jest niepełnoletni, nie? Czy nie powinien…
- Nie. To jest właśnie ten Szymon, o którym ci mówiłem.
- Wiedziałem, że ktoś mnie obgaduje – krzyczy rudy zza ścianki. – Swędziały mnie uszy.
- Bo się nie myjesz.
- Prawdziwe punki śmierdzą! – ryczy, wymachując puszką.
- Niech sobie śmierdzą, ale nie tutaj! Co jest? – dodaję, zerkając na Ninę, która patrzy na mnie z niewyraźną miną.
- Wiesz… - zaczyna i wstaje – przyjdę, jak go nie będzie. Nie będę wam tera przeszkadzać.
- Co ty wygadujesz? Nie przeszkadzasz. Siadaj i się nie wygłupiaj.
- Kiedy… Zmiana mi się niedługa zaczyna! – wykrzykuje nagle radośnie i wybiega do przedpokoju. Podnoszę się z jękiem i wytaczam się za nią.
- Nina…
- Na razie – staje na palcach i całuje mnie w policzek. – Zadzwonię.
- Zadzwoń – wzdycham.
- Wyszła? – pyta Szymon, gdy wracam do salonu.
- Wyszła – warczę.
- Świetnie – chłopak weseleje wyraźnie i wraca do czytania książki.
Zgrzytam zębami i staram się nie jęczeć z bólu, gdy kładę się w swoim pokoju na materacu.
Ostatnie kilkanaście godzin były bardzo pouczające: po pierwsze, nie chodzić do łóżka z lalusiowatymi ciotami. Po drugie: nie upijać się samemu. Po trzecie: kiedy już się walnęło kogoś po mordzie, trzeba wiać, a nie czekać aż odda. Po czwarte: nigdy więcej nie dopuścić do spotkania pewnego rudego Polaka z pewną niską Ukrainką.
Jeśli tylko będę o tym pamiętać, na bank będzie mi się lepiej żyło.
(by Feri)
____________________________________
UWAGA, UWAGA!
Jeśli macie pomysł na poprowadzenie akcji, znaleźliście jakiś błąd, chcecie, żeby napisać coś z punktu widzenia jakiejś postaci (nawet niezgodnego z fabułą), żeby w następnym rozdziale wpleść coś o czyjejś przeszłości czy życiu obecnym (nasze OCe kryją dużo tajemnic ^^) - piszcie w komentarzach albo prywatnych.
ROZDZIAŁ DRUGI
Otwieram jedno oko i zaraz zamykam je z cichym sykiem. Przez szybę przebijają się ostre promienie słońca, budząc mnie o wściekle barbarzyńskiej porze. Nie zasłoniłem wczoraj okna, przez to całe zamieszanie z Szymonem zupełnie o tym zapomniałem. Przekręcam się na drugi bok, twarzą do ściany. Dużo lepiej. Już prawie udaje mi się zasnąć, gdy o czymś sobie przypominam.
Szymon.
Siadam na materacu i dłuższy czas siedzę wpatrzony w punk na ścianie. Powstrzymuję się przed opadnięciem na poduszkę i z ciężkim stęknięciem dźwigam się z łóżka. Dłuższą chwilę rozglądam się dookoła w poszukiwaniu telefonu. Po kilku minutach znajduję go w końcu pod stertą kartek i ubrań i zerkam na wyświetlacz. Dochodzi 9. Rzucam komórkę na materac i drapiąc się w głowę idę do kuchni. Potwornie mnie suszy.
Ze szklanką wody w ręku podchodzę do wysokiej półki oddzielającej kuchnię od salonu i opieram się o nią.
- Wstawaj Szymon – mówię i duszkiem wypijam zawartość szklanki. Ze strony salonu nie dobiega do mnie żaden dźwięk, więc wrzucam naczynie do zlewu i podchodzę do kanapy.
Jest pusta.
Poduszki są równo ułożone, kołdra, złożona w kostkę, leży obok, na nim piżama. Gitara, która wczoraj stała oparta o fotel, zniknęła. Nie zauważam tez paczki po orzeszkach i brudnego talerzyka, w przedpokoju odnotowuję brak czarnej skórzanej kurtki i brudnych glanów. Siadam na kanapie.
Poszedł.
***
- Verdammte – mruczę pod nosem, po raz kolejny przechodząc obok miejsca, gdzie zazwyczaj gra Szymon. I po raz kolejny widzę tylko jakiegoś drącego się w niebogłosy gościa, który usiłuje śpiewać coś, co w oryginale jest zapewne wykonywane w angielskim. Chociaż akurat to wykonanie można podpiąć pod dowolny język.
Wzdycham cicho i idę dalej. Wygląda na to, że chłopak już się nie znajdzie. Nawet nie wiem, dlaczego się nim tak przejmuję – w końcu dopiero wczoraj go poznałem, nie jest moim znajomym, czy nawet znajomym znajomego, a do mnie do domu trafił w zasadzie tylko przez moją cholerną ciekawskość. Gdybym go tak nie wypytywał, pewnie siedziałby teraz na Rynku i grał, a przespałby się u jakiegoś kumpla czy koleżanki. Że też zawsze muszę interesować się tym, co mnie nie dotyczy.
Przechodzę szybko przez Plac Zamkowy, schodzę ze schodów i idę na przystanek. Zaczyna padać. Usiłuję wejść pod wiatę, ale wypychają mnie stamtąd staruszki z parasolami i matka z dzieckiem, które zaczyna płakać gdy posyłam mu uśmiech. Kobieta patrzy na mnie z wściekłością i próbuje odjechać wózkiem nieco dalej. W efekcie przejeżdża mi kółkiem po stopie. Syczę cicho i wychodzę spod wiaty. Kropi już całkiem zdrowo. Na szczęście tramwaj szybko przyjeżdża. Udaje mi się nawet znaleźć wolne miejsce. Naprawdę nie mam pojęcia, co ci wszyscy ludzie robią tak wcześnie w soboty w komunikacji miejskiej. Młodszych jestem jeszcze w stanie zrozumieć, sam nieraz wracałem do domu wcześnie rano po piątkowych… hm, nazwijmy to „wypadach”.
Wyglądam przez okno. Tramwaj właśnie przejechał przez Wisłę. Na moście było całkiem sporo ludzi – spacerowali, biegali, powolnym krokiem szli za skaczącymi przodem psami. W Parku Praskim mijają się kolejne tabuny – jedni wychodzą z zoo, drudzy do niego idą. Rozwrzeszczane dzieci ciągną matki za spódnice, ojców za rękawy i domagają się gofra albo waty cukrowej. Uśmiecham się pod nosem. Przypominam sobie, że zawsze kiedy ojciec zabierał mnie do zoo, czy gdziekolwiek indziej, wata cukrowa albo ciastko było zawsze obowiązkowym punktem programu. Marudziłem tak długo, dopóki ojciec nie uległ i nie kupił mi tego co chciałem. A marudzić potrafiłem długo. Jedną z niewielu osób które nie reagowały na moje jęki była moja matka. I pewnie nadal jest.
Wzdycham cicho i podnoszę się z siedzenia. Wyskakuję szybko z tramwaju i biegnę do autobusu jadącego na przystanek, ignorując zupełnie czerwone światło.
Strasznie ciężki jest tu dojazd – z której strony się nie przyjedzie zawsze trzeba kawałek dojść. Całkiem spory kawałek jak na mój gust. O wiele za spory. Poza tym czasami tacy się tu ludzie kręcą, że przechodząc obok nich zawsze podświadomie wkładam ręce do kieszeni i ściskam w nich klucze, komórkę, portfel, czy co tam jeszcze mam. Jakoś nie potrafię nad tym zapanować, a większość jest naprawdę miła i okradaniu kogokolwiek nawet nie pomyślała. A przynajmniej taką mam nadzieję.
Pochylam się i głaszczę za uchem kota, którego widzę prawie za każdym razem gdy tu przyjeżdżam. Zadowolony zwierzak zaczyna mruczeć i ocierać mi się o łydki, a po chwili staje na tylnych łapach, przednimi opierając się o moją nogę i patrzy wyczekująco. W kieszeni znajduję tylko herbatniki. Nie jestem pewien, czy koty to jedzą. Rzucam mu ciastko, mówię mu że niestety nic więcej nie mam i wchodzę na klatkę. Jak zawsze wszystkie zapachy z całej kamienicy atakują mnie od razu po zamknięciu drzwi. Smród papierosów i alkoholu, zapach herbaty i kawy, tanich perfum, czyjegoś obiadu. Wchodzę po obdrapanych schodach na drugie piętro, mijam śpiącego na nich faceta i podchodzę do drzwi, które nie są jeszcze tak zmasakrowane jak reszta. Pukam głośno kilka razy.
Nina otwiera mi dopiero po dłuższej chwili. Patrzy na mnie z mieszaniną zdziwienia i radości.
- Piotrek? Cześć! – krzyczy i ściska mnie. Również ją obejmuję, niemal ją przykrywając. Znowu wydaje mi się, że jest krucha i słaba, i koniecznie trzeba się nią zająć. Na moment zapominam, że przeszła pewnie więcej niż ja i dała sobie radę. Odsuwamy się od siebie. – Boże, strasznie dawno cię nie widziałam! Wchodź!
- Co tak pachnie? – pytam, zamykam za sobą drzwi i zdejmuję kurtkę i buty.
- Pielmienie. I barszcz – mówi i wynurza się z kuchni z wielką łyżką w ręce.
- Wprosiłem ci się na obiad?
- Owszem – uśmiecha się i wkłada mi łyżkę w rękę. – Spróbuj.
Nieufnie patrzę na pływającą w łyżce czerwona zupę. Nie to, żebym nie lubił kuchni Niny, gotuje genialnie. Mniejsze zaufanie mam do temperatury i składu. Dmucham na ciecz kilka razy i połykam ją. Z uznaniem kiwam głową.
- Genialne. Naprawdę świetne.
- Niczego nie brakuje?
Kręcę głową. Nina robi zamyślona minę i wraca do kuchni. Idę za nią, opieram się o niewielki stół i patrzę jak dosypuje jeszcze czegoś do garnka. Na talerzu obok kuchenki leżą wielkie, parujące pierogi. Podchodzę do nich i biorę jednego do ręki.
- Zostaw nie ruszaj – mówi Nina i bije mnie lekko po dłoni.
- Jednego gryza. Tylko trochę.
- Nie. Siadaj przy stole. A jak chcesz się do czegoś przydać, to wyjmij talerze.
Posłusznie rozstawiam wszystko na stole, a potem siadam przy nim i z niecierpliwością przyglądam się, jak Nina nalewa barszcz do wielkich kubkopodobnych naczyń, nakłada na talerze pierogi i stawia na środku duży, świeży chleb na kolorowej serwetce.
- Chleb też sama zrobiłaś? – pytam z uśmiechem i unoszę brwi. Nina kiwa głową.
- Sama po niego poszłam. Wcinaj, bo coś blado wyglądasz.
- Nie ma to nic wspólnego z brakiem jedzenia, wierz mi – mruczę pod nosem i pochłaniam resztę pieroga. Nina nie odzywa się. Kierowany jakimś niejasnym, złym przeczuciem, podnoszę głowę. Dziewczyna siedzi z rękami skrzyżowanymi na piersi i patrzy na mnie uważnie.
- A z czym?
- Co z czym? – udaję głupiego i wypijam trochę barszczu. Wkopałem się. Będzie teraz drążyć ten temat, aż…
- Dobrze wiesz, że i tak mi powiesz.
Burczę coś nieartykułowanego pod nosem i udaję wielkie zainteresowanie zawartością kubka. Upijam zupę i wskazuję na nią palcem.
- Bardzo dobra. Musisz koniecznie dać mi przepis. Na te pierogi też.
Nina wzdycha i pochyla się w moją stronę, nie odrywając ode mnie oczu. Czuję, jak robi mi się gorąco. Nie cierpię, kiedy tak patrzy, mam wrażenie że wwierca mi się tym swoim spojrzeniem do mózgu i doskonale wie co myślę. Czarownica.
- Nie patrz tak na mnie – burczę.
- To mi powiedz.
- Kiedy nie ma o czym – wzruszam ramionami i dopijam barszcz.
- Prawie zawsze jest o czym, jak do mnie przychodzisz.
Wzdycham i opieram głowę na ręce, wpatruję się w sufit, przygryzam wargę. Nie wiem, jak mam zacząć. Bo przecież naprawdę nic się nie wydarzyło. Tylko tyle, że pozwoliłem u siebie przenocować nieznanemu chłopakowi, który następnego dnia znika z samego rana, a ja latam jak debil po Warszawie i go szukam, cholera wie po co i dlaczego. Bo przecież się nie zakochałem. Między nami nic nie było. Ja go nie pocałowałem, on mnie nie pocałował, nie wylądowaliśmy w łóżku (co mi się zazwyczaj zdarza). Nie dotknęliśmy się nawet. Więc o co kurna chodzi?
- Mi się wydaje, że się o chłopaka po prostu martwisz.
Patrzę na Ninę zaskoczony.
- Czytasz w myślach?
- Jak ktoś mówi na głos to co myśli, to tak.
Nie odpowiadam i zaczynam cicho stukać palcami o blat stołu. Szybko, wolno, szybko, znowu wolno, zmieniam ryt…
- Myślę, że się powinieneś nad tym zastanowić – mówi Nina specyficznym tonem. Kładę dłoń płasko na stole i skupiam wzrok na ścianie. Nie chcę na nią teraz patrzeć, czuję się jak mały dzieciak, który dostaje łagodną naganę, gdy zrobił coś, co jego matce sprawiło przykrość. – Może podświadomie wyczuwasz, że powinieneś sobie kogoś znaleźć, nie mówię że na stałe, ale na trochę dłużej niż kilka nocy. Ty chyba potrzebujesz kogoś, kogo byś kochał, kim mógłbyś się opiekować, wiesz? Kiedy ostatnio z kimś spałeś?
- Będziemy teraz dyskutować o mim życiu erotycznym?
- Nie. Usiłuję ci po prostu wytłumaczyć, że nie można iść do łóżka z kim popadnie, rozumiesz?
- Bo? – burczę nieprzyjaźnie. Zdecydowanie nie podoba mi się kierunek w jaki zmierza ta rozmowa.
- Boże, Piotrek – wzdycha i podnosi oczy ku sufitowi. – Z tobą jak z dzieckiem czasami… Możesz być nosicielem jakiejś choroby. Może kogoś nią zaraziłeś.
- Robiłem badania. Jestem zdrowy.
- A pomyśl, ilu mogło się w tobie zakochać. Pomyśl co mogli czuć, kiedy rano zamiast ciebie znajdowali poduszkę. Piotrek, na litość, przecież ty się zwyczajnie puszczasz!
Zaraz usłyszę, że jestem jak przydrożna dziwka, którą może przelecieć każdy, bo…
- …nie bierze pieniędzy.
- Ninuś, ja wiem, nieraz mówiłaś.
- Nie ninusiuj mnie – burczy obrażona. – Jesteś moim przyjacielem, dlatego się martwię o ciebie i nawet próbuję zrozumieć. I kiedy biorę pod uwagę to, co ci się przydarzyło, chyba nawet rozumiem. Ale tak po prostu nie można, rozumiesz? Robisz krzywdę i sobie, i innym.
Milczę i podgryzam skórkę chleba.
- Zrozumiałeś? – pyta mnie i łapie za rękę. Podnoszę wzrok. Patrzy na mnie z ciepłym uśmiechem i ufnością w o czach. Nie potrafię się powstrzymać i również się uśmiecham.
- Tak. Pomóc ci ze zmywaniem?
- Nie trzeba. – Puszcza moją rękę i wstaje Patrzy przez okno. – Wiesz… nie to, że cię wyganiam, ale robi się ciemno i jeśli nie masz ochoty na nocny spacer po Szmulowiźnie, to radzę ci wyjść. Mogę cię odprowadzić, niedługo zaczyna mi się zmiana.
Podnoszę się i parę minut potem jesteśmy już na dworze. Na podwórkach jest teraz dużo więcej ludzi niż w południe. Co chwila z którejś strony dobiega głośny rechot i stuk butelek, zza zakrętów i bram wyłażą jakieś draby. Wzdrygam się mimo woli. Że też ta dziewczyna nie boi się chodzić tu sama…
- To ja lecę – mówi, kiedy dochodzimy do przystanku. – Dzwoń albo przychodź, kiedy będziesz czegoś potrzebował.
Łapię ją za rękaw żakietu, kiedy chce odejść. Zatrzymuje się i patrzy na mnie zdziwiona. Uśmiecham się lekko, przyciągam do siebie i mocno przytulam.
- Dziękuję – mówię cicho. – Dziękuję…
- Piotrek, wariacie, udusisz mnie! – mówi zduszonym głosem. Puszczam ją. – Za co?
Wzruszam ramionami.
- Za wszystko, Nina.
Uśmiecha się. Cmokam ją w policzek, a potem patrzę jak lekkim krokiem idzie prawie pustą, słabo oświetloną praską ulicą.
Wchodzę na swoje piętro podciągając się na poręczy. Jestem zmęczony i cały mokry. Deszcz zamiast ustać jeszcze bardziej się nasilił. Dochodzę do mieszkania. Oddycham ciężko, opieram się o ścianę, wkładam klucz do zamka i przekręcam go. Blokuje się w połowie obrotu. Marszczę brwi z rozpaczą.
- Znowu się zepsułeś? – pytam cicho, odklejając się od ściany. Dopycham drzwi do futryny, wsadzam klucz głębiej i ponownie przekręcam. Znowu nic. Zły wyjmuję klucz i naciskam klamkę.
Drzwi, ku mojemu zdumieniu, ustępują.
Najciszej jak tylko potrafię wchodzę do mieszkania, ale uniemożliwiają mi to mokre buty, które przy każdym kroku odrywają się z głośnym piskiem i chlapnięciem. Rezygnuję ze skradania, ściągam buty, kurtkę zostawiam na wieszaku. Przechodzę do salonu, z którego dobiegają jakieś głosy. Wchodzę do pokoju i staję jak wryty.
- Szymon?! – pytam z mieszaniną złości, niedowierzania, radości i ulgi. Chłopak odwraca wzrok od telewizora i uśmiecha się.
- Siema. Okropnie wyglądasz.
- Też się cieszę, że cię widzę – mówię kwaśno. – Jak ty tu wszedłeś? Z tego co pamiętam, drzwi były zamknięte.
Szymon wzrusza ramionami i przenosi wzrok na odbiornik, popijając piwo. Coś mi mówi, że 16-latkowie nie powinni pić piwa, ale macham na to ręką i ściągając mokre ciuchy idę do swojego pokoju. Wieszam je na kaloryferze, przebieram się w ciepłe dresy i idę do kuchni.
- Czemu wróciłeś? – pytam, zapalając papierosa. Zaciągam się i nalewam do wysokiej szklanki trochę wody.
- A co?
- A nic. Mam chyba prawo wiedzieć, dlaczego włamujesz mi się do mieszkania, nie?
- Rzeczy przenoszę – wzrusza ramionami. – Jutro też będę, więc bądź tu koło 14, OK?
- Jakie rzeczy do cholery?
Szymon wzdycha głośno.
- MOJE rzeczy, Piotrek. MO-JE. Rozumiesz? – pyta wolno i patrzy na mnie z udawanym politowaniem. Jak ten dzieciak mnie denerwuje…
- Domyślam się, że twoje – warczę. – A można wiedzieć po co?
- Bo się do ciebie przeprowadzam – oświadcza, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na koniec wypowiedzi dodał „matole”. Zakrztuszam się wodą. Kiedy przestaję kasłać, zaciągam się mocno.
- Jak to do mnie? – pytam, wydmuchując dym. Szymon wzrusza ramionami.
- Normalnie. Tylko bądź jutro w domu, nie mam ochoty znowu dyskutować z tym twoim upierdliwym sąsiadem – mówi i zerka na zegarek. Wstaję. – Ja spadam. Będę… w zasadzie nie wiem kiedy. Zostaw mi klucz pod wycieraczką albo w doniczce. No, to nara! – krzyczy i zanim zdążam zareagować, słyszę trzask zamykanych drzwi i stukot ciężkich buciorów na starych schodach. Dopijam wodę.
- Ja pierdolę…
Zaciągam się mocno i długo przetrzymuję dym w płucach. Z uczuciem ulgi wypuszczam go potem najszybciej jak się da. Muszę się napić. Koniecznie.
Że też kilka godzin temu dobrowolnie go szukałem. Jak to się ludzie mogą zmienić…
Tagi:
2.
No i w końcu nadszedł ROZDZIAŁ PIERWSZY
Z całej siły staram się nie zasnąć, ale wychodzi mi to raczej z marnym skutkiem. Gdybym mógł podparłbym sobie powieki zapałkami, jak w filmie „Wakacje Jasia Fasoli”. Niestety nie mam przy sobie zapałek, ze snem muszę więc walczyć siłą woli. Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś, kto potrafiłby wszystkich tak zanudzić. No, może poza moją matką i babką, z którą w liceum miałem fizykę. Ale to jest zupełnie co innego.
Dochodzę do wniosku, że powinienem przychodzić na te wykłady z książką, krzyżówką, szydełkiem, czymkolwiek, bo tego faceta naprawdę nie można słuchać. Gdyby go nagrać na dyktafon, można by puszczać to dzieciom, które nie chcą chodzić wieczorami do łóżek. Zasnęłyby momentalnie.
Rozglądam się po sali spod półprzymkniętych powiek. Kilkanaście mądrzejszych ode mnie osób gra teraz na Playstation, wysyła SMSy do znajomych siedzących po drugiej stronie rzędu, niektórzy czytają gazety albo rozwiązują krzyżówki, że nie wspomnę o tych, którzy po prostu ze sobą rozmawiają. Teoretycznie też mógłbym włączyć się w te rozmowy, ale trafiło mi się towarzystwo, które jeszcze gorzej niż ja znosi przynudzanie profesora – wszyscy dookoła mnie spali. A esemesować nie mogę. Jak na złość rozładowała mi się komórka. Patrzę na zegar. Już jestem spóźniony do pracy.
Kiedy profesor mówi że możemy już iść, podrywam się ze swojego miejsca i łapię torbę, gubiąc po drodze notatki z poprzednich wykładów. Przez chwilę mam ochotę po nie wrócić, ale w końcu macham na to ręką. Pewnie Anka mi je jutro przyniesie. W pośpiechu wybiegam ze szkoły, mało co nie zabijając się o rozwiązane sznurówki i pędzę na przystanek. Do autobusu wskakuję w ostatniej chwili. Opieram się o drzwi i próbuję złapać oddech, patrząc równocześnie na numer. Na szczęście jest dobry. Po kilkunastu minutach wysiadam niedaleko Placu Zamkowego i biegnę do pracy.
Pracuję jako kelner w jednej z kawiarni na warszawskiej Starówce. Ogólnie jest nieźle – szefowa płaci całkiem dobrze i prawie zawsze w terminie, ludzi przychodzi nawet sporo, szczególnie w sezonie, a czasem, jeśli mam szczęście, udaje mi się zabrać coś do domu – babeczkę, kawałek sernika, ciasteczka, rogale… Największym minusem jest niemal nieustanne chodzenie. Czasami po kilku godzinach zasuwania w tą i z powrotem cholernie bolą mnie nogi.
Wchodzę tylnym wejściem, zdawkowo uśmiecham się do stojących w pobliżu ludzi, zostawiam torbę i kurtkę na haczyku, a następnie zdejmuję T-shirt i wkładam koszulę. Daruję sobie wbijanie się w czarne materiałowe spodnie, które teoretycznie wszyscy powinni nosić. W praktyce wiszą sobie smętnie na haczykach lub krzesłach, ewentualnie leżą porzucone w jakimś kącie.
Przeczesuję włosy ręką i podchodzę do chłopaka opartego o bar. Klepię go w ramię.
- Zmiana.
- Nareszcie – burczy, nie obdarzając mnie spojrzeniem, rzuca notatnik na blat i odchodzi.
- Jak dzisiaj? – pytam Jarka, barmana, przerzucając kartki w notatniku.
- Jak widać. – Wzrusza ramionami. Unoszę głowę. W sali siedzi niewiele osób – dwóch facetów przy jednym stole, chłopak z dziewczyną przy drugim, a tuż przy wyjściu jakiś młody mężczyzna w garniturze, który z zacięciem stuka w klawiaturę laptopa. Całkiem przystojny.
- Przystojny, nie? – mówię, wskazując go. Jarek przeciera szklankę ścierką i patrzy na niego.
- Bo ja wiem. Coś ze szczęką ma nie tak. Wina?
Kiwam głową. W pracy co prawda nie powinniśmy pić, ale… Cóż, stosowanie się do tego przepisu nie wychodzi nam za bardzo. Stawiam kieliszek z alkoholem na blacie i idę po książki. Na razie i tak nie mam roboty. Siadam przy barze i zaczynam się uczyć. Nikogo już to specjalnie nie dziwi – większość pracowników to studenci, którzy chcąc sobie zarobić zatrudnili się tam, gdzie będą mogli się dokształcać.
- Ej. – Po kilkudziesięciu Jarek klepie mnie w ramię i pokazuje na klientów, którzy jako ostatni właśnie opuszczają kawiarnię. – Idź posprzątać.
Wzdycham i podnoszę się z taboretu, biorąc tackę. Dopiero co usiadłem, musieli wyjść teraz? Nikt ich nie wyganiał… Podchodzę do stolików, zbieram puste szklanki i talerzyki i zanoszę wszystko do kuchni. Wracając patrzę na zegar. Niedługo wybije 21.
- Będę już szedł – mówię zbierając książki.
Jarek w milczeniu kiwa głową. Idę na zaplecze, szybko zmieniam ciuchy i ruszam w stronę domu. Chowam nos w szalik i wsuwam ręce do kieszeni. Coraz zimniej się robi. Za zimno moim zdaniem. O ile dobrze pamiętam, w listopadzie w Berlinie jest dużo cieplej niż w Warszawie.
Wchodzę na Rynek. Niemal natychmiastowo dobiegają do mnie ciche dźwięki gitary. Uśmiecham się i przeszukuję kieszenie w poszukiwaniu drobnych. Mniej więcej na wysokości pomnika Warszawskiej Syrenki gra chłopak. Gra naprawdę dobrze, śpiewa też nie najgorzej. Przez ostatni rok widuję go niemal codziennie. Siedzi w tym samym miejscu co wieczór - na rogu Rynku i Wąskiego Dunaju. Niedługo będzie 21, powinien się już zbierać. Mijam go i wrzucam do futerału drobne, uśmiechając się do niego. Odwzajemnia uśmiech, nie przerywając gry. Odchodząc słyszę jeszcze, jak jacyś zagraniczni fanatycy Warszawy komentują jego grę.
Szybko przechodzę na swoją ulicę i otwieram drzwi kamienicy. Mijam śpiącego na schodach faceta i wdrapuję się na trzecie, nota bene ostatnie piętro. Niby nie jest to wysoko, ale jestem teraz tak zmęczony, że za natychmiastowe znalezienie się w mieszkaniu oddałbym godzinę życia. Ktoś znowu ukradł żarówkę, po ciemku więc szukam kluczy, które zamiast włożyć jak każdy normalny człowiek do kieszeni, wrzuciłem luzem do dosyć obszernej torby. Kiedy już mam wejść do mieszkania, słyszę za plecami:
- Dobry wieczór, panie Piotrze! Dopiero do domu wracamy?
Słowo daję, ten facet ma albo nadludzkie zdolności pojawiania się na klatce wtedy, kiedy jestem najbardziej zmęczony, albo najzwyczajniej na świecie przesiaduje cały dzień w oknie i czeka na ofiarę. Przeklinam w myślach, zbieram w sobie całą swoją dobrą wolę i ze sztucznym uśmiechem na twarzy odwracam się w stronę upierdliwca. Chyba wyglądam jakbym chciał mu przegryźć tętnicę. Co wcale tak bardzo z prawdą się nie mija.
- Dobry wieczór. Tak się złożyło – odpowiadam uprzejmie, aczkolwiek mam niebywałą ochotę albo rozerwania go na kawałeczki, albo zaśnięcia tu, teraz, w najbliższym kącie, choćby nie wiem jak zasyfionym. Nie wiem jak to robię, ale stoję na korytarzu około 15 minut i usiłuję stwarzać pozory tego, że go słucham. Na szczęście sąsiadowi przypomina się, że nie wziął jakiegoś leku i żegnając mnie niespiesznie znika w swoim mieszkaniu. Półżywy wtaczam się do przedpokoju i, przysięgając sobie, że jutro wstanę wcześniej żeby wziąć prysznic, padam na kanapę i zasypiam w ubraniu.
***
Następnego dnia wychodzę znacznie później niż wczoraj. Kawiarnia ma co prawda określone godziny otwarcia, ale rzadko kiedy ktoś się do nich stosuje. Istnieje niepisana zasada, że możemy zacząć zwijać się do domu po ostatnim kliencie – nieważne, czy wyjdzie o przed 20 czy po 22. Dzisiaj ktoś miał stanowczo za dużo czasu i przyszedł stanowczo zbyt głodny. Może by się nawet dało to wytrzymać, ale przyszli całym stadem, jeden głodniejszy od drugiego. Był to jeden z tych nielicznych dni, podczas których nie mam czasu nawet na papierosa. Dzięki Bogu ten dzień właśnie dobiega końca, a jutro nie muszę iść do pracy.
Zaczyna kropić. Zakładam kaptur i głębiej wsadzam ręce w kieszenie. Nadchodzi cudownie leniwy wieczór. Nareszcie w spokoju napiję się wina, obejrzę film, o który Jarek upomina się od kilku miesięcy, zdrzemnę się, a potem może pojadę do jakiegoś klubu.
Zatrzymuję się przed Wąskim Dunajem i zapalam papierosa. Zaciągam się głęboko i szybko wydmuchuję dym. Tego mi było trzeba.
- Nie powinieneś iść do domu? – pytam chłopaka, który siedzi na chodniku z gitarą na kolanach i wpatruje się w zachmurzone niebo. Przenosi wzrok na mnie.
- Nie – odpowiada krótko.
- Starzy cię do domu nie wpuszczą – silę się na żart, ale wychodzi wyjątkowo kiepsko. Poczucie humoru mam chyba jednak po matce.
Mimo to chłopak parska cicho i przeczesuje rude włosy ręką.
- Nie mam rodziców. – Mówi to tak naturalnym i znudzonym tonem, jakby opisywał mi właśnie dzisiejsze notowania na tokijskiej giełdzie. Mrugam oczami nieco zdezorientowany.
- Aha – odpowiadam, bo nie mam zielonego pojęcia co powinienem powiedzieć. Wyrzucam niedopałek i przydeptuję go butem. - A masz gdzie spać… Jak masz na imię?
- Szymon. A ty? – pyta, chyba jako pierwszy od kilku lat nie zwracając się do mnie per „pan”.
- Peter. Ale mów mi Piotrek. Więc? Masz gdzie spać czy nie?
Chłopak szybko przelicza pieniądze w futerale i kiwa głową. Po chwili jednak zaczyna przyglądać mi się nieco podejrzliwie.
- A co ty się mną tak przejmujesz, co? Chyba nie jesteś jakimś zboczeńcem?
Wzruszam ramionami, wrzucam do futerału kilka złotych i odchodzę z rękami w kieszeniach. Dziwny kraj. Bądź dla kogoś miły, to uzna cię za niewyżytego zboczeńca. Zerkam na zegarek – 10 minut temu byłem umówiony na czacie z kolegą z Niemiec. Znając go pewnie już dawno przestał na mnie czekać. Przyspieszam nieco, mając cichą nadzieję, że tym razem nie spotkam żadnego z sąsiadów, który zapewne będzie musiał koniecznie podzielić się ze mną jakąś wątpliwą rewelacją. Dochodzę do kamienicy i otwieram drzwi.
- Poczekaj!
Zatrzymuję się w pół kroku i odwracam się w stronę, z której dobiegł krzyk. Przytupuję w miejscu dla ogrzania ciała. Widzę Szymona, który biegnie w moją stronę z kołyszącą mu się na plecach gitarą. Dobiega do mnie, pochyla się opierając ręce na kolanach i oddycha ciężko. Wzdycham z jawną irytacją.
- Czego chcesz? – pytam, rzucając tęskne spojrzenie w stronę klatki. – Streszczaj się, zimn…
- Mogę przenocować u ciebie?
- Was?! Nie miałeś już przypadkiem załatwionego noclegu?
- Powiedziałem, że mnie na niego stać – uściśla Szymon i jak gdyby nigdy nic, przepycha się obok mnie i zaczyna wdrapywać na schody. Idę za nim, patrząc na niego spode łba. – Poza tym większość miejsc jest teraz zajęta i raczej trudno będzie coś znaleźć bez tego pieprzonego dowodu, a we wszystkich motelach w Warszawie już się poznali na…
- Jakiego dowodu?
- Osobistego – mówi i patrzy na mnie jak na idiotę. – Świadectwo dojrzałości, rozumiesz… Jak już mówiłem, jakoś doszli do tego, że ten mój jest fałszywy i nie chcą mnie nigdzie wpuścić.
Potykam się na schodach i w ostatniej chwili łapię za poręcz. Gdyby nie to, niechybnie straciłbym wszystkie zęby albo się zabił. Szymon parska śmiechem. Przechodząc obok niego rzucam mu oburzone spojrzenie, tylko dzięki sile woli nie waląc go w żołądek i podchodzę do drzwi mieszkania. Otwieram je, chłopak natychmiastowo materializuje się w środku i kładzie się na kanapie, z ciekawością rozgląda się po pomieszczeniu. Przyglądam mu się, zdejmując kurtkę. Na oko 17-letni dzieciak właśnie wepchnął mi się w intymność z brudnymi butami i podrobionym dowodem. Świetnie. Po prostu świetnie.
- Dużo miejsca tu masz. O kurwa, plazma!
Pomijam to milczeniem i idę do mikroskopijnego kawałka przestrzeni przeznaczonego na kuchnię. Otwieram lodówkę, wyjmuję wino i nalewam je do kieliszka. Po namyśle wyjmuję też pierwsze z brzegu produkty spożywcze i chleb, biorę talerz i nóż, wracam do salonu i stawiam to wszystko przed Szymonem.
- Smacznego.
Chłopak, nie spuszczając wzroku z telewizora, kładzie na jednej kromce ponad połowę moich zapasów, zdrowo ochlapuje to wszystko keczupem i musztardą, a potem przykrywa kolejnym kawałkiem pieczywa. Mocno wgryza się w kanapkę.
- Nie karmią cię?
- A co? – pyta z pełnymi ustami, marszcząc brwi.
Wzruszam ramionami i chwilę patrzę na odbiornik. Szymon ogląda jakiś wybitnie nudny film, chyba romans, więc idę pod prysznic. Znowu nie obejrzę tego filmu od Jarka. Odkręcam kurek i wchodzę pod strumień ciepłej wody. Wzdycham głęboko, odchylając głowę do tyłu. Tego mi było trzeba. Moczę włosy, relaksuję się i namydlam się dokładnie.
I wtedy słyszę nieludzki wrzask.
Tracę równowagę, krótko przejeżdżam nogą po posadzce, opieram się o wilgotną ścianę i w ułamku sekundy ląduję na tyłku, wpadając na parawan, który robi przeraźliwie dużo hałasu. Dobrze, że go nie rozwaliłem. Przeklinam pod nosem, podnoszę się tak szybko jak to tylko możlwie i wychodzę spod prysznica. Idę do salonu, po drodze okręcając ręcznik wokół bioder.
- Co jest? – pytam, stając obok Szymona.
Chłopak nie reaguje, wpatruje się tylko w swoją rękę pustym wzrokiem. Łapię go za ramię i lekko potrząsam. Woda kapiąca z włosów i całego ciała tworzy wokół mnie wilgotne plamy.
- Szymon!
- Hm?
- Verdammte Scheiße! – krzyczę i wznoszę ręce do nieba. – Czemu wrzeszczałeś?
- Prąd mnie chyba kopnął.
- Jak to chyba?! Jak to chyba?!
- Rany, jak ty to przeżywasz… Wyluzuj, żyję przecież.
Biorę kilka głębokich oddechów i siadam z nie rozpoczętym winem na kanapie. Upijam trochę, odchylam głowę do tyłu i oddycham ciężko.
- Matko, jak ty mnie przestraszyłeś… - mówię cicho, słysząc jak bezlitośnie przebija się przez to niemiecki akcent. – Gdybyś ty sobie coś zrobił, to bym nawet nie wiedział gdzie cię zabrać. Ile ty masz lat właściwie?
- 16 – mówi i wstaje z podłogi. Zakrztuszam się winem. – Co jest?
- Myślałem, że starszy jesteś.
- No to się pomyliłeś. – Zagląda do lodówki. – Cholera, prawie nic tu nie ma. Powiedz starym, żeby coś kupili.
- Mieszkam sam – mówię i podchodzę do zlewu. Szymon przenosi na mnie wzrok i gwiżdże. Unoszę brwi w niemym pytaniu.
- Fajna dziara. – Wskazuje na mój bok. Uśmiecham się, patrząc na tatuaż.
- Dzięki.
- Słuchaj, gdzie łazienka?
Wskazuję mu drzwi i odkładam kieliszek na suszarkę. Opieram ręce o blat i patrzę, jak Szymon wchodzi do łazienki pogwizdując. W co ja się wpakowałem?
* * *
- Ile lat mieszkałeś w Niemczech?
Unoszę wzrok znad książki i badawczo przyglądam się chłopakowi. Patrzy na mnie żując orzeszki, w tle słychać piskliwy głos jakiejś małolaty dobiegający z telewizora. Wzdycham i zaginam róg strony. Staram się nie zwracać uwagi na to, że Szymon wyciera ręce w pożyczoną ode mnie piżamę.
- Skąd wiesz, że tam mieszkałem?
Wzrusza ramionami i wyłącza telewizor.
- Bo mówisz z akcentem, jakoś tak dziwnie wszystko stwardzasz, „r” dziko wymawiasz, czasami tak śmiesznie zaciągasz… No i przede wszystkim co chwila coś po niemiecku wykrzykujesz albo sobie pod nosem po szkopsku mruczysz – kończy i uśmiecha się. – Żadna filozofia.
- Mhm – mruczę i otwieram książkę, ale Szymon odzywa się znowu.
- Długo tam mieszkałeś?
- 16 lat.
- Aha. – Chłopak kiwa głową, odkłada orzeszki na stolik i zakopuje się pod kołdrą. Oddycham z ulgą i wstaję z fotela. Może wreszcie uda mi się przeczytać tą książkę. Pcham drzwi i odwracam się w progu.
- Gdybyś coś chciał, jestem u siebie w pokoju.
- Piotrek…
Zamykam oczy i wciągam powietrze, siląc się na względny spokój. Mogłem tego nie mówić.
- No?
- Powiedz mi… - zaczyna, a ja, starając się nie zasnąć, opieram się o framugę. Szymon opiera się na łokciu i wolną ręką wskazuje na zdjęcie stojące na półce pod telewizorem. – Kto to jest?
Marszczę brwi i patrzę na fotografię. Przedstawia mnie i ciemnowłosego chłopaka w przeciwsłonecznych okularach z gitarą w ręku. Siedzimy na samochodzie, oboje mamy bandany na głowach i obejmując się ramionami pokazujemy znak wiktorii. Uśmiecham się smutno i przeczesuję włosy ręką. Przez moment szukam odpowiednich słów.
- To jest… Ktoś kto był dla mnie ważny. Jest – poprawiam się.
- Twój brat? Jak ma na imię?
- Matt. I to nie był mój brat – mówię cicho, podkreślając czasownik.
Szymon odwraca głowę w moją stronę i patrzy na mnie zaciekawiony.
- A co się z nim stało?
- Miał wypadek. Nie żyje.
- O kurna… Przepraszam, nie wiedziałem. Ja nie pamiętam, żeby ktoś z mojej rodziny umarł. W każdym razie ktoś, z kimś czułem się jakoś związany.
- On nie był z rodziny… To… był mój pierwszy chłopak.
- Musisz mi kiedyś o nim opowiedzieć. Wygląda na fajnego gościa.
Zerkam na fotografię i uśmiecham się.
- Ta. Dobranoc – mówię i szybko znikam za drzwiami pokoju, zanim nie zacznę płakać.
Z całej siły staram się nie zasnąć, ale wychodzi mi to raczej z marnym skutkiem. Gdybym mógł podparłbym sobie powieki zapałkami, jak w filmie „Wakacje Jasia Fasoli”. Niestety nie mam przy sobie zapałek, ze snem muszę więc walczyć siłą woli. Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś, kto potrafiłby wszystkich tak zanudzić. No, może poza moją matką i babką, z którą w liceum miałem fizykę. Ale to jest zupełnie co innego.
Dochodzę do wniosku, że powinienem przychodzić na te wykłady z książką, krzyżówką, szydełkiem, czymkolwiek, bo tego faceta naprawdę nie można słuchać. Gdyby go nagrać na dyktafon, można by puszczać to dzieciom, które nie chcą chodzić wieczorami do łóżek. Zasnęłyby momentalnie.
Rozglądam się po sali spod półprzymkniętych powiek. Kilkanaście mądrzejszych ode mnie osób gra teraz na Playstation, wysyła SMSy do znajomych siedzących po drugiej stronie rzędu, niektórzy czytają gazety albo rozwiązują krzyżówki, że nie wspomnę o tych, którzy po prostu ze sobą rozmawiają. Teoretycznie też mógłbym włączyć się w te rozmowy, ale trafiło mi się towarzystwo, które jeszcze gorzej niż ja znosi przynudzanie profesora – wszyscy dookoła mnie spali. A esemesować nie mogę. Jak na złość rozładowała mi się komórka. Patrzę na zegar. Już jestem spóźniony do pracy.
Kiedy profesor mówi że możemy już iść, podrywam się ze swojego miejsca i łapię torbę, gubiąc po drodze notatki z poprzednich wykładów. Przez chwilę mam ochotę po nie wrócić, ale w końcu macham na to ręką. Pewnie Anka mi je jutro przyniesie. W pośpiechu wybiegam ze szkoły, mało co nie zabijając się o rozwiązane sznurówki i pędzę na przystanek. Do autobusu wskakuję w ostatniej chwili. Opieram się o drzwi i próbuję złapać oddech, patrząc równocześnie na numer. Na szczęście jest dobry. Po kilkunastu minutach wysiadam niedaleko Placu Zamkowego i biegnę do pracy.
Pracuję jako kelner w jednej z kawiarni na warszawskiej Starówce. Ogólnie jest nieźle – szefowa płaci całkiem dobrze i prawie zawsze w terminie, ludzi przychodzi nawet sporo, szczególnie w sezonie, a czasem, jeśli mam szczęście, udaje mi się zabrać coś do domu – babeczkę, kawałek sernika, ciasteczka, rogale… Największym minusem jest niemal nieustanne chodzenie. Czasami po kilku godzinach zasuwania w tą i z powrotem cholernie bolą mnie nogi.
Wchodzę tylnym wejściem, zdawkowo uśmiecham się do stojących w pobliżu ludzi, zostawiam torbę i kurtkę na haczyku, a następnie zdejmuję T-shirt i wkładam koszulę. Daruję sobie wbijanie się w czarne materiałowe spodnie, które teoretycznie wszyscy powinni nosić. W praktyce wiszą sobie smętnie na haczykach lub krzesłach, ewentualnie leżą porzucone w jakimś kącie.
Przeczesuję włosy ręką i podchodzę do chłopaka opartego o bar. Klepię go w ramię.
- Zmiana.
- Nareszcie – burczy, nie obdarzając mnie spojrzeniem, rzuca notatnik na blat i odchodzi.
- Jak dzisiaj? – pytam Jarka, barmana, przerzucając kartki w notatniku.
- Jak widać. – Wzrusza ramionami. Unoszę głowę. W sali siedzi niewiele osób – dwóch facetów przy jednym stole, chłopak z dziewczyną przy drugim, a tuż przy wyjściu jakiś młody mężczyzna w garniturze, który z zacięciem stuka w klawiaturę laptopa. Całkiem przystojny.
- Przystojny, nie? – mówię, wskazując go. Jarek przeciera szklankę ścierką i patrzy na niego.
- Bo ja wiem. Coś ze szczęką ma nie tak. Wina?
Kiwam głową. W pracy co prawda nie powinniśmy pić, ale… Cóż, stosowanie się do tego przepisu nie wychodzi nam za bardzo. Stawiam kieliszek z alkoholem na blacie i idę po książki. Na razie i tak nie mam roboty. Siadam przy barze i zaczynam się uczyć. Nikogo już to specjalnie nie dziwi – większość pracowników to studenci, którzy chcąc sobie zarobić zatrudnili się tam, gdzie będą mogli się dokształcać.
- Ej. – Po kilkudziesięciu Jarek klepie mnie w ramię i pokazuje na klientów, którzy jako ostatni właśnie opuszczają kawiarnię. – Idź posprzątać.
Wzdycham i podnoszę się z taboretu, biorąc tackę. Dopiero co usiadłem, musieli wyjść teraz? Nikt ich nie wyganiał… Podchodzę do stolików, zbieram puste szklanki i talerzyki i zanoszę wszystko do kuchni. Wracając patrzę na zegar. Niedługo wybije 21.
- Będę już szedł – mówię zbierając książki.
Jarek w milczeniu kiwa głową. Idę na zaplecze, szybko zmieniam ciuchy i ruszam w stronę domu. Chowam nos w szalik i wsuwam ręce do kieszeni. Coraz zimniej się robi. Za zimno moim zdaniem. O ile dobrze pamiętam, w listopadzie w Berlinie jest dużo cieplej niż w Warszawie.
Wchodzę na Rynek. Niemal natychmiastowo dobiegają do mnie ciche dźwięki gitary. Uśmiecham się i przeszukuję kieszenie w poszukiwaniu drobnych. Mniej więcej na wysokości pomnika Warszawskiej Syrenki gra chłopak. Gra naprawdę dobrze, śpiewa też nie najgorzej. Przez ostatni rok widuję go niemal codziennie. Siedzi w tym samym miejscu co wieczór - na rogu Rynku i Wąskiego Dunaju. Niedługo będzie 21, powinien się już zbierać. Mijam go i wrzucam do futerału drobne, uśmiechając się do niego. Odwzajemnia uśmiech, nie przerywając gry. Odchodząc słyszę jeszcze, jak jacyś zagraniczni fanatycy Warszawy komentują jego grę.
Szybko przechodzę na swoją ulicę i otwieram drzwi kamienicy. Mijam śpiącego na schodach faceta i wdrapuję się na trzecie, nota bene ostatnie piętro. Niby nie jest to wysoko, ale jestem teraz tak zmęczony, że za natychmiastowe znalezienie się w mieszkaniu oddałbym godzinę życia. Ktoś znowu ukradł żarówkę, po ciemku więc szukam kluczy, które zamiast włożyć jak każdy normalny człowiek do kieszeni, wrzuciłem luzem do dosyć obszernej torby. Kiedy już mam wejść do mieszkania, słyszę za plecami:
- Dobry wieczór, panie Piotrze! Dopiero do domu wracamy?
Słowo daję, ten facet ma albo nadludzkie zdolności pojawiania się na klatce wtedy, kiedy jestem najbardziej zmęczony, albo najzwyczajniej na świecie przesiaduje cały dzień w oknie i czeka na ofiarę. Przeklinam w myślach, zbieram w sobie całą swoją dobrą wolę i ze sztucznym uśmiechem na twarzy odwracam się w stronę upierdliwca. Chyba wyglądam jakbym chciał mu przegryźć tętnicę. Co wcale tak bardzo z prawdą się nie mija.
- Dobry wieczór. Tak się złożyło – odpowiadam uprzejmie, aczkolwiek mam niebywałą ochotę albo rozerwania go na kawałeczki, albo zaśnięcia tu, teraz, w najbliższym kącie, choćby nie wiem jak zasyfionym. Nie wiem jak to robię, ale stoję na korytarzu około 15 minut i usiłuję stwarzać pozory tego, że go słucham. Na szczęście sąsiadowi przypomina się, że nie wziął jakiegoś leku i żegnając mnie niespiesznie znika w swoim mieszkaniu. Półżywy wtaczam się do przedpokoju i, przysięgając sobie, że jutro wstanę wcześniej żeby wziąć prysznic, padam na kanapę i zasypiam w ubraniu.
***
Następnego dnia wychodzę znacznie później niż wczoraj. Kawiarnia ma co prawda określone godziny otwarcia, ale rzadko kiedy ktoś się do nich stosuje. Istnieje niepisana zasada, że możemy zacząć zwijać się do domu po ostatnim kliencie – nieważne, czy wyjdzie o przed 20 czy po 22. Dzisiaj ktoś miał stanowczo za dużo czasu i przyszedł stanowczo zbyt głodny. Może by się nawet dało to wytrzymać, ale przyszli całym stadem, jeden głodniejszy od drugiego. Był to jeden z tych nielicznych dni, podczas których nie mam czasu nawet na papierosa. Dzięki Bogu ten dzień właśnie dobiega końca, a jutro nie muszę iść do pracy.
Zaczyna kropić. Zakładam kaptur i głębiej wsadzam ręce w kieszenie. Nadchodzi cudownie leniwy wieczór. Nareszcie w spokoju napiję się wina, obejrzę film, o który Jarek upomina się od kilku miesięcy, zdrzemnę się, a potem może pojadę do jakiegoś klubu.
Zatrzymuję się przed Wąskim Dunajem i zapalam papierosa. Zaciągam się głęboko i szybko wydmuchuję dym. Tego mi było trzeba.
- Nie powinieneś iść do domu? – pytam chłopaka, który siedzi na chodniku z gitarą na kolanach i wpatruje się w zachmurzone niebo. Przenosi wzrok na mnie.
- Nie – odpowiada krótko.
- Starzy cię do domu nie wpuszczą – silę się na żart, ale wychodzi wyjątkowo kiepsko. Poczucie humoru mam chyba jednak po matce.
Mimo to chłopak parska cicho i przeczesuje rude włosy ręką.
- Nie mam rodziców. – Mówi to tak naturalnym i znudzonym tonem, jakby opisywał mi właśnie dzisiejsze notowania na tokijskiej giełdzie. Mrugam oczami nieco zdezorientowany.
- Aha – odpowiadam, bo nie mam zielonego pojęcia co powinienem powiedzieć. Wyrzucam niedopałek i przydeptuję go butem. - A masz gdzie spać… Jak masz na imię?
- Szymon. A ty? – pyta, chyba jako pierwszy od kilku lat nie zwracając się do mnie per „pan”.
- Peter. Ale mów mi Piotrek. Więc? Masz gdzie spać czy nie?
Chłopak szybko przelicza pieniądze w futerale i kiwa głową. Po chwili jednak zaczyna przyglądać mi się nieco podejrzliwie.
- A co ty się mną tak przejmujesz, co? Chyba nie jesteś jakimś zboczeńcem?
Wzruszam ramionami, wrzucam do futerału kilka złotych i odchodzę z rękami w kieszeniach. Dziwny kraj. Bądź dla kogoś miły, to uzna cię za niewyżytego zboczeńca. Zerkam na zegarek – 10 minut temu byłem umówiony na czacie z kolegą z Niemiec. Znając go pewnie już dawno przestał na mnie czekać. Przyspieszam nieco, mając cichą nadzieję, że tym razem nie spotkam żadnego z sąsiadów, który zapewne będzie musiał koniecznie podzielić się ze mną jakąś wątpliwą rewelacją. Dochodzę do kamienicy i otwieram drzwi.
- Poczekaj!
Zatrzymuję się w pół kroku i odwracam się w stronę, z której dobiegł krzyk. Przytupuję w miejscu dla ogrzania ciała. Widzę Szymona, który biegnie w moją stronę z kołyszącą mu się na plecach gitarą. Dobiega do mnie, pochyla się opierając ręce na kolanach i oddycha ciężko. Wzdycham z jawną irytacją.
- Czego chcesz? – pytam, rzucając tęskne spojrzenie w stronę klatki. – Streszczaj się, zimn…
- Mogę przenocować u ciebie?
- Was?! Nie miałeś już przypadkiem załatwionego noclegu?
- Powiedziałem, że mnie na niego stać – uściśla Szymon i jak gdyby nigdy nic, przepycha się obok mnie i zaczyna wdrapywać na schody. Idę za nim, patrząc na niego spode łba. – Poza tym większość miejsc jest teraz zajęta i raczej trudno będzie coś znaleźć bez tego pieprzonego dowodu, a we wszystkich motelach w Warszawie już się poznali na…
- Jakiego dowodu?
- Osobistego – mówi i patrzy na mnie jak na idiotę. – Świadectwo dojrzałości, rozumiesz… Jak już mówiłem, jakoś doszli do tego, że ten mój jest fałszywy i nie chcą mnie nigdzie wpuścić.
Potykam się na schodach i w ostatniej chwili łapię za poręcz. Gdyby nie to, niechybnie straciłbym wszystkie zęby albo się zabił. Szymon parska śmiechem. Przechodząc obok niego rzucam mu oburzone spojrzenie, tylko dzięki sile woli nie waląc go w żołądek i podchodzę do drzwi mieszkania. Otwieram je, chłopak natychmiastowo materializuje się w środku i kładzie się na kanapie, z ciekawością rozgląda się po pomieszczeniu. Przyglądam mu się, zdejmując kurtkę. Na oko 17-letni dzieciak właśnie wepchnął mi się w intymność z brudnymi butami i podrobionym dowodem. Świetnie. Po prostu świetnie.
- Dużo miejsca tu masz. O kurwa, plazma!
Pomijam to milczeniem i idę do mikroskopijnego kawałka przestrzeni przeznaczonego na kuchnię. Otwieram lodówkę, wyjmuję wino i nalewam je do kieliszka. Po namyśle wyjmuję też pierwsze z brzegu produkty spożywcze i chleb, biorę talerz i nóż, wracam do salonu i stawiam to wszystko przed Szymonem.
- Smacznego.
Chłopak, nie spuszczając wzroku z telewizora, kładzie na jednej kromce ponad połowę moich zapasów, zdrowo ochlapuje to wszystko keczupem i musztardą, a potem przykrywa kolejnym kawałkiem pieczywa. Mocno wgryza się w kanapkę.
- Nie karmią cię?
- A co? – pyta z pełnymi ustami, marszcząc brwi.
Wzruszam ramionami i chwilę patrzę na odbiornik. Szymon ogląda jakiś wybitnie nudny film, chyba romans, więc idę pod prysznic. Znowu nie obejrzę tego filmu od Jarka. Odkręcam kurek i wchodzę pod strumień ciepłej wody. Wzdycham głęboko, odchylając głowę do tyłu. Tego mi było trzeba. Moczę włosy, relaksuję się i namydlam się dokładnie.
I wtedy słyszę nieludzki wrzask.
Tracę równowagę, krótko przejeżdżam nogą po posadzce, opieram się o wilgotną ścianę i w ułamku sekundy ląduję na tyłku, wpadając na parawan, który robi przeraźliwie dużo hałasu. Dobrze, że go nie rozwaliłem. Przeklinam pod nosem, podnoszę się tak szybko jak to tylko możlwie i wychodzę spod prysznica. Idę do salonu, po drodze okręcając ręcznik wokół bioder.
- Co jest? – pytam, stając obok Szymona.
Chłopak nie reaguje, wpatruje się tylko w swoją rękę pustym wzrokiem. Łapię go za ramię i lekko potrząsam. Woda kapiąca z włosów i całego ciała tworzy wokół mnie wilgotne plamy.
- Szymon!
- Hm?
- Verdammte Scheiße! – krzyczę i wznoszę ręce do nieba. – Czemu wrzeszczałeś?
- Prąd mnie chyba kopnął.
- Jak to chyba?! Jak to chyba?!
- Rany, jak ty to przeżywasz… Wyluzuj, żyję przecież.
Biorę kilka głębokich oddechów i siadam z nie rozpoczętym winem na kanapie. Upijam trochę, odchylam głowę do tyłu i oddycham ciężko.
- Matko, jak ty mnie przestraszyłeś… - mówię cicho, słysząc jak bezlitośnie przebija się przez to niemiecki akcent. – Gdybyś ty sobie coś zrobił, to bym nawet nie wiedział gdzie cię zabrać. Ile ty masz lat właściwie?
- 16 – mówi i wstaje z podłogi. Zakrztuszam się winem. – Co jest?
- Myślałem, że starszy jesteś.
- No to się pomyliłeś. – Zagląda do lodówki. – Cholera, prawie nic tu nie ma. Powiedz starym, żeby coś kupili.
- Mieszkam sam – mówię i podchodzę do zlewu. Szymon przenosi na mnie wzrok i gwiżdże. Unoszę brwi w niemym pytaniu.
- Fajna dziara. – Wskazuje na mój bok. Uśmiecham się, patrząc na tatuaż.
- Dzięki.
- Słuchaj, gdzie łazienka?
Wskazuję mu drzwi i odkładam kieliszek na suszarkę. Opieram ręce o blat i patrzę, jak Szymon wchodzi do łazienki pogwizdując. W co ja się wpakowałem?
* * *
- Ile lat mieszkałeś w Niemczech?
Unoszę wzrok znad książki i badawczo przyglądam się chłopakowi. Patrzy na mnie żując orzeszki, w tle słychać piskliwy głos jakiejś małolaty dobiegający z telewizora. Wzdycham i zaginam róg strony. Staram się nie zwracać uwagi na to, że Szymon wyciera ręce w pożyczoną ode mnie piżamę.
- Skąd wiesz, że tam mieszkałem?
Wzrusza ramionami i wyłącza telewizor.
- Bo mówisz z akcentem, jakoś tak dziwnie wszystko stwardzasz, „r” dziko wymawiasz, czasami tak śmiesznie zaciągasz… No i przede wszystkim co chwila coś po niemiecku wykrzykujesz albo sobie pod nosem po szkopsku mruczysz – kończy i uśmiecha się. – Żadna filozofia.
- Mhm – mruczę i otwieram książkę, ale Szymon odzywa się znowu.
- Długo tam mieszkałeś?
- 16 lat.
- Aha. – Chłopak kiwa głową, odkłada orzeszki na stolik i zakopuje się pod kołdrą. Oddycham z ulgą i wstaję z fotela. Może wreszcie uda mi się przeczytać tą książkę. Pcham drzwi i odwracam się w progu.
- Gdybyś coś chciał, jestem u siebie w pokoju.
- Piotrek…
Zamykam oczy i wciągam powietrze, siląc się na względny spokój. Mogłem tego nie mówić.
- No?
- Powiedz mi… - zaczyna, a ja, starając się nie zasnąć, opieram się o framugę. Szymon opiera się na łokciu i wolną ręką wskazuje na zdjęcie stojące na półce pod telewizorem. – Kto to jest?
Marszczę brwi i patrzę na fotografię. Przedstawia mnie i ciemnowłosego chłopaka w przeciwsłonecznych okularach z gitarą w ręku. Siedzimy na samochodzie, oboje mamy bandany na głowach i obejmując się ramionami pokazujemy znak wiktorii. Uśmiecham się smutno i przeczesuję włosy ręką. Przez moment szukam odpowiednich słów.
- To jest… Ktoś kto był dla mnie ważny. Jest – poprawiam się.
- Twój brat? Jak ma na imię?
- Matt. I to nie był mój brat – mówię cicho, podkreślając czasownik.
Szymon odwraca głowę w moją stronę i patrzy na mnie zaciekawiony.
- A co się z nim stało?
- Miał wypadek. Nie żyje.
- O kurna… Przepraszam, nie wiedziałem. Ja nie pamiętam, żeby ktoś z mojej rodziny umarł. W każdym razie ktoś, z kimś czułem się jakoś związany.
- On nie był z rodziny… To… był mój pierwszy chłopak.
- Musisz mi kiedyś o nim opowiedzieć. Wygląda na fajnego gościa.
Zerkam na fotografię i uśmiecham się.
- Ta. Dobranoc – mówię i szybko znikam za drzwiami pokoju, zanim nie zacznę płakać.
Tagi:
1.
Feri
PETER Künstler (Feri's OC)
wiek: 22 lata
data urodzin: 29 kwietnia (‘89)
wzrost/budowa: 176 cm/szczupły, budowa przeciętna, ładnie umięśnione ramiona, mała oponka (ale jak wciągnie brzuch to nie widać)
wygląd: nieco dłuższe niż u ogółu blond włosy, które zawsze są nieludzko wręcz potargane, niebieskie oczy, małe, smukłe dłonie (jak na faceta)
pochodzenie: polsko-niemieckie
rodzina: rodzice i młodszy przyrodni brat (nie jest z nimi w kontakcie)
związek: to skomplikowane
praca: kelner; dodatkowo daje korki z niemieckiego, a od czasu do czasu robi tłumaczenia
zwierzątko: -.
przeszłość: małe konflikty z prawem – drobne kradzieże, jedno czy dwa pobicia, przez pewien okres czasu dilował i ćpał. kilka razy został złapany, ale nigdy nie udało mu się nic udowodnić. poza tym miał tylu partnerów, że aż dziw bierze że niczego jeszcze nie złapał. bardzo się zmienił po śmierci swojego pierwszego chłopaka.
charakter: niecierpliwy, opryskliwy, łatwo się denerwuje, uparty, podobno cyniczny, pracowity, wytrwały, opiekuńczy (przy słabszych od siebie i dzieciach), chodzi własnymi ścieżkami
+ mieszkał Berlinie do 16 roku życia, czyli do rozwodu rodziców; potem przeprowadził się z ojcem do Warszawy
+ HOMO
+ ma mocną głowę, szybko trzeźwieje
+ niemal zawsze wychodzi bez szwanku każdej sytuacji, jest bardzo silny psychicznie
+ po domu chodzi zazwyczaj tylko w spodniach/dresach/bokserkach. czymś na dupie w każdym razie
+ gdy jest zdenerwowany, zły albo pijany mówi po niemiecku
+ pozostał mu niemiecki akcent
+ uwielbia wino i piwo
+ lubi chodzić w damskich płaszczach i wielkich, wzorzystych chustach
+ był taki czas, że niemal codziennie spał z innym facetem, wesoło gwiżdżąc na wszelkie konsekwencje; wtedy też, kiedy mu się znudziło, potrafił ubrać się i wyjść bez słowa
+ woli żeby mówić na niego Piotrek
+ kiedyś pływał
+ na lewym boku, od biodra do żeber, ma tatuaż
NINA Zelenko (Feri's OC)
wiek: 26 lat ('85)
data urodzin: 7 stycznia
wzrost/budowa: 151 cm/drobna, szczuplutkie kształtne ramiona i nogi, duże piersi
wygląd: farbowane na ciemnobrązowy proste włosy do pasa, spore szare oczy, małe, wąskie, równe usta, ładnie wykrojone, nos okrągły; kolczyki w uszach i lewej brwi
pochodzenie: pół-Ukrainka (rodzina od strony ojca jest z Ukrainy)
rodzina: rodzice, dziadkowie, niezliczona ilość wujostwa i kuzynostwa, czworo rodzeństwa
związek: narzeczony na Ukrainie
praca: kasjerka w jednym z warszawskich sklepów (odzieżowym i spożywczym), od czasu do czasu opiekuje się dziećmi
zwierzątko: -. dokarmia kota, który kręci się w pobliżu jej bloku
przeszłość: zaraz po maturze wyjechała na studia do Warszawy, ale nie dostała się na nie (mimo trzech prób); zamieszkała w maleńkiej kawalerce na Pradze, miała spore problemy z alkoholem, przez jakiś czas uprawiała seks za pieniądze, potem znalazła prace i powoli z tego wychodziła
charakter: pomocna, opiekuńcza, uwielbia dzieci, dumna; ciągła cholernie trudna sytuacja finansowa, rodzeństwo i niełatwe życie na Ukrainie wyrobiły jej specyficzny, trudny do określenia charakter, silny instynkt przetrwania i sprawiły, że stała się twarda, nieco opryskliwa i bardzo uparta
+ sporo zawdzięcza Piotrkowi – pomógł jej „wyjść na prostą” i choć trochę zwalczyć alkoholizm
+ ma słabość do procentów, szczególnie wódki
+ ubiera się głównie w lumpeksach – niestety bardziej z konieczności niż miłości
+ sama robi sobie czapki i szaliki, czasami uszyje sobie nawet bluzkę, torbę, spódnicę… szyje również na zamówienie
+ kiedy tylko może wyjeżdża na Ukrainę do rodziny i zawozi im zbędne w sklepie ubrania
+ zdarzają jej się napady kleptomanii – zabiera wtedy rzeczy ze swojego najbliższego otoczenia
+ robi świetny makijaż
+ jak to mówi Piotrek, Nina jest jego „osobistym psychologiem”
+ planuje dostać się na studia pedagogiczne, a po ich skończeniu chce wyjechać na stałe na Ukrainę, wyjść za mąż i zostać nauczycielką
Jak napisałam w tytule, te karty, jak na razie, są ostatnie. Przedstawiają "postaci stałe", które nie znikną tak nagle. W miarę jak akcja będzie się rozwijała, będę dodawać opisy poszczególnych OCów, jednak nie w postaci takich kart jak wyżej.
Może kiedyś dorzucę ich rysunki.
ze swojej strony mogę jeszcze powiedzieć, że następna notka wrzucona przeze mnie to niemal na 100% będzie pierwsza część opka
PETER Künstler (Feri's OC)
wiek: 22 lata
data urodzin: 29 kwietnia (‘89)
wzrost/budowa: 176 cm/szczupły, budowa przeciętna, ładnie umięśnione ramiona, mała oponka (ale jak wciągnie brzuch to nie widać)
wygląd: nieco dłuższe niż u ogółu blond włosy, które zawsze są nieludzko wręcz potargane, niebieskie oczy, małe, smukłe dłonie (jak na faceta)
pochodzenie: polsko-niemieckie
rodzina: rodzice i młodszy przyrodni brat (nie jest z nimi w kontakcie)
związek: to skomplikowane
praca: kelner; dodatkowo daje korki z niemieckiego, a od czasu do czasu robi tłumaczenia
zwierzątko: -.
przeszłość: małe konflikty z prawem – drobne kradzieże, jedno czy dwa pobicia, przez pewien okres czasu dilował i ćpał. kilka razy został złapany, ale nigdy nie udało mu się nic udowodnić. poza tym miał tylu partnerów, że aż dziw bierze że niczego jeszcze nie złapał. bardzo się zmienił po śmierci swojego pierwszego chłopaka.
charakter: niecierpliwy, opryskliwy, łatwo się denerwuje, uparty, podobno cyniczny, pracowity, wytrwały, opiekuńczy (przy słabszych od siebie i dzieciach), chodzi własnymi ścieżkami
+ mieszkał Berlinie do 16 roku życia, czyli do rozwodu rodziców; potem przeprowadził się z ojcem do Warszawy
+ HOMO
+ ma mocną głowę, szybko trzeźwieje
+ niemal zawsze wychodzi bez szwanku każdej sytuacji, jest bardzo silny psychicznie
+ po domu chodzi zazwyczaj tylko w spodniach/dresach/bokserkach. czymś na dupie w każdym razie
+ gdy jest zdenerwowany, zły albo pijany mówi po niemiecku
+ pozostał mu niemiecki akcent
+ uwielbia wino i piwo
+ lubi chodzić w damskich płaszczach i wielkich, wzorzystych chustach
+ był taki czas, że niemal codziennie spał z innym facetem, wesoło gwiżdżąc na wszelkie konsekwencje; wtedy też, kiedy mu się znudziło, potrafił ubrać się i wyjść bez słowa
+ woli żeby mówić na niego Piotrek
+ kiedyś pływał
+ na lewym boku, od biodra do żeber, ma tatuaż
NINA Zelenko (Feri's OC)
wiek: 26 lat ('85)
data urodzin: 7 stycznia
wzrost/budowa: 151 cm/drobna, szczuplutkie kształtne ramiona i nogi, duże piersi
wygląd: farbowane na ciemnobrązowy proste włosy do pasa, spore szare oczy, małe, wąskie, równe usta, ładnie wykrojone, nos okrągły; kolczyki w uszach i lewej brwi
pochodzenie: pół-Ukrainka (rodzina od strony ojca jest z Ukrainy)
rodzina: rodzice, dziadkowie, niezliczona ilość wujostwa i kuzynostwa, czworo rodzeństwa
związek: narzeczony na Ukrainie
praca: kasjerka w jednym z warszawskich sklepów (odzieżowym i spożywczym), od czasu do czasu opiekuje się dziećmi
zwierzątko: -. dokarmia kota, który kręci się w pobliżu jej bloku
przeszłość: zaraz po maturze wyjechała na studia do Warszawy, ale nie dostała się na nie (mimo trzech prób); zamieszkała w maleńkiej kawalerce na Pradze, miała spore problemy z alkoholem, przez jakiś czas uprawiała seks za pieniądze, potem znalazła prace i powoli z tego wychodziła
charakter: pomocna, opiekuńcza, uwielbia dzieci, dumna; ciągła cholernie trudna sytuacja finansowa, rodzeństwo i niełatwe życie na Ukrainie wyrobiły jej specyficzny, trudny do określenia charakter, silny instynkt przetrwania i sprawiły, że stała się twarda, nieco opryskliwa i bardzo uparta
+ sporo zawdzięcza Piotrkowi – pomógł jej „wyjść na prostą” i choć trochę zwalczyć alkoholizm
+ ma słabość do procentów, szczególnie wódki
+ ubiera się głównie w lumpeksach – niestety bardziej z konieczności niż miłości
+ sama robi sobie czapki i szaliki, czasami uszyje sobie nawet bluzkę, torbę, spódnicę… szyje również na zamówienie
+ kiedy tylko może wyjeżdża na Ukrainę do rodziny i zawozi im zbędne w sklepie ubrania
+ zdarzają jej się napady kleptomanii – zabiera wtedy rzeczy ze swojego najbliższego otoczenia
+ robi świetny makijaż
+ jak to mówi Piotrek, Nina jest jego „osobistym psychologiem”
+ planuje dostać się na studia pedagogiczne, a po ich skończeniu chce wyjechać na stałe na Ukrainę, wyjść za mąż i zostać nauczycielką
Jak napisałam w tytule, te karty, jak na razie, są ostatnie. Przedstawiają "postaci stałe", które nie znikną tak nagle. W miarę jak akcja będzie się rozwijała, będę dodawać opisy poszczególnych OCów, jednak nie w postaci takich kart jak wyżej.
Może kiedyś dorzucę ich rysunki.
ze swojej strony mogę jeszcze powiedzieć, że następna notka wrzucona przeze mnie to niemal na 100% będzie pierwsza część opka
Feri
Zanim zaczniemy wrzucać opki zamieścimy tu wszystkie "karty" naszych OC'ów (całkowita kopia jednego z projektów na dA ^^"). Dzięki nim będzie chyba łatwiej zrozumieć o co chodzi i dlaczego niektórzy zachowali się w danej sytuacji tak a nie inaczej. oczywiście wszystko może ulec zmianie, wszak są to tylko ludzie
SZYMON Kloc (100% OC IMN)
wiek: 16 lat
data urodzin: 15 grudnia ('95)
wzrost/budowa: 180 cm. budowa przeciętna, widoczny zarys mięśni, chude łydki :P
wygląd: lekko garbaty nosek, zielononiebieskie oczy. samodzielnie farbuje sobie na rudo kudły sięgające nieco za ramiona
pochodzenie: polskie
rodzina: -.
związek: singiel (forever alone, jak określiła IMN)
praca: -. muzyk amator
zainteresowania: punk, piłka nożna, gitara
zwierzątko: -.
przeszłość: nic o niej nie mówi, wiadomo tylko tyle, że jest sierotą. jako dziecko dużo przeżył, a że był bardzo wrażliwy, wydarzenia te odcisnęły piętno na jego psychice
charakter: luzak ze skłonnościami do buntu, nieco mniej wrażliwy niż kiedyś, nieufny w stosunku do nieznajomych i nowopoznanych ludzi. ma wewnętrzną barierę która blokuje większe uczucia i nie pozwala mu się zakochać
+ sam wymyślił swoje nazwisko, żeby odciąć się od przeszłości
+ jest zagorzałym kibicem Barcelony
+ fan punka, szczególnie polskiego, angielskiego i californian
+ HETERO!
+ kocha, uwielbia tanie piwo i wino (Jabol) co z tego, że jest niepełnoletni? :P
+ na koncertach rozbija ludziom butelki na głowach (w każdym jest coś z wariata)
+ w zimę lubi chodzić w swetrach (takich co wyglądają jak robione na drutach)
+ nie toleruje ćpania
+ nie przepada za Niną
(o Ninie potem)
enjoy.
Zanim zaczniemy wrzucać opki zamieścimy tu wszystkie "karty" naszych OC'ów (całkowita kopia jednego z projektów na dA ^^"). Dzięki nim będzie chyba łatwiej zrozumieć o co chodzi i dlaczego niektórzy zachowali się w danej sytuacji tak a nie inaczej. oczywiście wszystko może ulec zmianie, wszak są to tylko ludzie
SZYMON Kloc (100% OC IMN)
wiek: 16 lat
data urodzin: 15 grudnia ('95)
wzrost/budowa: 180 cm. budowa przeciętna, widoczny zarys mięśni, chude łydki :P
wygląd: lekko garbaty nosek, zielononiebieskie oczy. samodzielnie farbuje sobie na rudo kudły sięgające nieco za ramiona
pochodzenie: polskie
rodzina: -.
związek: singiel (forever alone, jak określiła IMN)
praca: -. muzyk amator
zainteresowania: punk, piłka nożna, gitara
zwierzątko: -.
przeszłość: nic o niej nie mówi, wiadomo tylko tyle, że jest sierotą. jako dziecko dużo przeżył, a że był bardzo wrażliwy, wydarzenia te odcisnęły piętno na jego psychice
charakter: luzak ze skłonnościami do buntu, nieco mniej wrażliwy niż kiedyś, nieufny w stosunku do nieznajomych i nowopoznanych ludzi. ma wewnętrzną barierę która blokuje większe uczucia i nie pozwala mu się zakochać
+ sam wymyślił swoje nazwisko, żeby odciąć się od przeszłości
+ jest zagorzałym kibicem Barcelony
+ fan punka, szczególnie polskiego, angielskiego i californian
+ HETERO!
+ kocha, uwielbia tanie piwo i wino (Jabol) co z tego, że jest niepełnoletni? :P
+ na koncertach rozbija ludziom butelki na głowach (w każdym jest coś z wariata)
+ w zimę lubi chodzić w swetrach (takich co wyglądają jak robione na drutach)
+ nie toleruje ćpania
+ nie przepada za Niną
(o Ninie potem)
enjoy.
To jeszcze gwoli wyjaśnienia.
Jak już zostało napisane, jest nas dwie. Poprzednią notkę napisała IMN, tą piszę ja: Feri (szerzej znana jako Fanhet).
Żeby było wiadomo co jest czyjego autorstwa, będziemy to zaznaczały na samym początku notki.
No i to by było na tyle.
Jak już zostało napisane, jest nas dwie. Poprzednią notkę napisała IMN, tą piszę ja: Feri (szerzej znana jako Fanhet).
Żeby było wiadomo co jest czyjego autorstwa, będziemy to zaznaczały na samym początku notki.
No i to by było na tyle.
14.01.2012 o godz. 14:24
Ok. No to czas na jakiś początek. Dawno, dawno temu dwie dzikie dziewczyny postanowiły, że stworzą swoich bohaterów i stworzą ich historię. W następnych postach wrzucimy ich jako-taką metrykę. No a potem będzie serial^^ xD. Na razie mogę powiedzieć, że główni bohaterowie to szesnastoletni Szymon i dwudziestodwuletni Piotrek. Oboje mają aż do przesady złe życie ale tak chyba będzie ciekawiej niż takie normalne... No zobaczymy w każdym razie prosimy o wyrozumiałość :P
Tagi:
początek...
takie tam


